Top

Dzień słonia

KS Staszewscy / Blog  / Dzień słonia

Dzień słonia

O 11.11, kiedy już zaśpiewaliśmy hymn Polski, a ten hymn wciąż jest taki sam, chociaż połowa z nas stoi na starcie w białych, a połowa w czerwonych koszulkach, pada strzał. Startera. Stoję na końcu strefy, za kilkadziesiąt sekund przekraczam linię startu i biegnę ostatni raz w tym sezonie. A ponieważ biegacz jest tak dobry, jak jego ostatni bieg, to zostanę z tym poczuciem na grudzień, na zimę, na święta, na wiele dni i wiele treningów.

Najpierw pokonuję stada słoni. Może to nie jest najbardziej patriotyczne zwierzę i najbardziej patriotyczne wyznanie, ale nie wiem już jak dotrzeć do biegaczy, którzy biegną na złamanie 55 minut, a stają w strefie poniżej 40. I blokują potem drogę tym, którzy rzeczywiście skończą z trójką z przodu. Dwie takie panie (z naklejkami w kolorze czarnym – jaka to strefa?) zapytałem nawet przed startem, czy na pewno łamią 40 minut, ale udawały głupie. Albo nie udawały.

Zły jestem, widać, co? Zły jestem, bo kiedy na półmetku zobaczyłem na półmetku 19:35, to wiedziałem, że na złamanie 38 minut – tak planowałem – nie ma szans. Że z prostego mnożenia wychodzi mi 39:10, a to smutny wynik. To obrona, to starzenie się organizmu, to z-roku-na-rok-gorzej.pl. To porażka nie tylko z kilkoma setkami biegaczy przede mną, ale z moim własnym wynikiem z Kabat sprzed miesiąca – a w poprzednich latach wyniki z jesiennego Grand Prix w Kabatach na Biegu Niepodległości przebijałem przynajmniej o minutę.

W Kabatach miałem dzień konia. Tutaj: dzień słonia.

Kiedy mijałem półmetek na trasie była już Kinga. Zegarynka, córka Adama, zegarmistrza z Rabki. Cel: złamać 45 min., tempo 4:28 i jedziemy. I dojeżdżamy. Kiedy już po skończeniu swojego biegu staniemy z moim smutkiem przy trasie i zobaczę dużo przed balonami na 45 minut finiszującą Moją Sportową Żonę, to wróci na chwilę jakaś radość. Męża i trenera. Potem się okaże, że Kinga wystartowała przed balonami i dobiegnie tylko dwie sekundy przed swoim limitem. 44:58, kosmiczne przebicie (o dobre półtorej minuty) poprzedniej życiówki, która też była wtedy kosmicznym przebiciem poprzedniej.

Kinga startuje rzadko i w zasadzie za każdym razem cieszy się z olbrzymich życiówek. Hajto i Borek mogliby powiedzieć, że robi milowe kroki na swojej drodze biegowej. A ja bym dodał, że znów miała dzień klaczy wyścigowej.

A kiedy do mety dobiega Kinga, na trasie jest jeszcze ciągle sporo naszych Podopiecznych. Nie chcę Was zamęczać książką telefoniczną, chcemy się na dniach pochwalić tymi wynikami na Facebooku, ale dwa słowa o Oli z projektu #strzalw10 (dziękujemy partnerowi ProfilAktywny.pl za udział w projekcie). Bo dzisiaj ten strzał miał wypalić.

Rafał, szef naszej sekcji bankietowej razem z Asią pilotowali ten pocisk od startu do mety. Ola – ta sama, której pierwsze treningi zapowiadały raczej przemaszerowanie dystansu z podbieganiem i kontakt wzrokowy z karetką jadącą za biegaczami – pobiegła świetnie. Może trochę przeszkadzam, ale naprawdę tempo interwałowe 8:00 w połowie września to nie jest prognoza na bieg w 6:00 w połowie listopada.

Ola została biegaczką. Pokonała na zawodach dychę – biegiem – w naprawdę dobrym czasie dla osoby, która biega od dwóch miesięcy: 1:01:15. Zabrakło truskawki na torcie (Hajto) i złamania godziny – ale zostaje wyzwanie na wiosnę. Ola już zapowiedziała trening w zimie (to też osiągnięcie, bo Oli we wrześniu wydawało się, że w ogóle trenowanie na powietrzu poza plażową pogodą jest nierealne) i na wiosnę łamiemy razem tę godzinę.

Ola za metą, cała w złocie. Ta twarz brzmi jak duma, radość i zmęczenie. Gratulacje Ola. Dwa miesiące od człapania pół kilometra, do biegania 10 km.

Da się? Da się!

A ja po nawrocie zjadłem dwa dekstrozowe cukierki i docisnąłem pedał gazu. Tylko że okazało się, że mam wbudowany tempomat. Szybciej niż mogę, nie pobiegnę.

To efekt tych trzygodzinnych treningu, budowania wytrzymałości od lipca do maratonu, treningów wolnych, a nawet zbyt wolnych, generalnej przebudowy struktury mięśni w stronę włókien wolnokruczliwych, odpowiadających za wytrzymałość. I utraty tych szybkokurczliwych, odpowiedzialnych za turbodoładowanie. Biegło mi się dość dobrze, niemal w strefie komfortu, czułem, że mógłbym tak jeszcze i jeszcze. A nie było napędu, żeby z niej wyjść, wybiec jak rączy koń.

Efekt: zamiast 37:58 słabe 39:08. Jedyny pozytyw to 2-sekundowy negative split. No właśnie, tempomat, a wytrzymałość jest. 

W tej chwili moja różnica w tempie między maratonem, a dziesiątką, to równiutkie 20 sekund na kilometr. Malutko.

Myślałem, myślałem co robić. Bo wiadomo, roztrenowanie, ale co dalej – trzeba mieć jakiś kierunek na wiosnę. Chyba zawalczę o trochę szybkości. Pobiegnę maraton, ale nie będę powtarzał trzygodzinnych wytrzymałościówek. Trening ustawię pod dychę, piątkę. Półmaraton będzie z tego przy okazji, a maraton bardzo przy okazji.

Na zdjęciu otwarciowym stoimy z Kingą i z Sabiną, córką Adama zegarmistrza. Sabina po tenisowej kontuzji, przerwie w bieganiu nie była gotowa na życiówkę. Ale zrobiła wiceżyciówkę łamiąc 50 minut z zegarmistrzowską precyzją: 49:57.

A tak żeśmy to w naszej społeczności KS Staszewscy oblewali wieczorem. Cztery słonie zielone słonie, każdy kokardkę ma na ogonie…

Share
Wojciech Staszewski

Komentarze:

  • Bartosz
    13 listopada 2017 at 20:37

    Czarne naklejki to były VIPy, z których część to niepełnosprawni zaproszeni przez organizatora, a część to panie z banku, wiadomo jakiego. Tak samo się zdziwiłem jak ich zobaczyłem w pierwszej strefie, a była ich cała masa. Coś organizator przedobrzył.

  • MK
    13 listopada 2017 at 20:54

    Przyznam się – ja też startowałem nie ze swojej strefy. Powinienem był z drugiej, pobiegłem w pierwszej, ale na swoje usprawiedliwienie – naprawdę chciałem złamać te 40 minut, a zabrakło prawie tyle co nic. Dlatego przemilczę obecność w pierwszej fali tych wszystkich wolnobiegaczy, pomiędzy którymi trzeba było lawirować przez pierwsze dwadzieścia kilometry (resztki skromności i uczciwości kazały mi również ustawić się na końcu strefy, i chyba był to błąd), ale gdybym miał coś powiedzieć na ten temat – chyba byłoby ostrzej niż we wpisie Wojtka.

  • Marek
    13 listopada 2017 at 22:12

    Czarne naklejki to pakiety sponsorskie, można z nimi startować z każdej strefy, niestety.
    Ja wystartowałem ze swojej strefy i złamałem 45 minut, tak jak planowałem. Mimo to czuję jakiś niedosyt, chyba mogło być lepiej.
    Ale tak to pewnie jest, jak cały sezon biega się i przygotowuje do dystansów ultra. Na przygotowania do tej dychy miałem miesiąc i wsparcie Jarka.

  • Anonim
    13 listopada 2017 at 23:31

    Także, startując z tyłu 1 strefy, przez pierwszy kilometr musiałem lawirować pomiędzy zdecydowania wolniejszymi biegaczami. Ale starając się to robić ostrożnie, szukając wolnych miejsc…do czasu gdy ktoś posuwający do przodu z nieco mniejszą finezją, ktoś może bardziej przebojowy i bardziej zdeterminowany, aby zrobić życiówkę, potraktował mnie jako przeszkodę w realizacji jego planu, i po prostu mnie podciął. Ja wylądowałem na ziemi, a gość wydobył z siebie ‚przepraszam’ (muszę to przyznać) i pobiegł dalej. Ja też, gdy się po chwili ogarnąłem, ale jakoś nie miałem już ochoty, aby jego gonić, i aby gonić mój planowany wynik. I to był błąd. A miałem przed biegiem obejrzeć „Rydwany ognia”. Jakoś nie zdążyłem. Gdybym to zrobił, to może zachowałbym się jak dzielny Szkot. Efekt to czas o około minutę gorszy niż WS ( i tak miało być, ale o minutę szybciej w obu przypadkach). Lekcja jest taka, żeby te ‚Rydwany ognia’ co jakiś czas sobie odświeżyć. Humor sobie poprawiłem, biegnąc następnego dnia przyzwoitą przełajową 5-kę. To pomaga.

  • ps
    13 listopada 2017 at 23:34

    Także, startując z tyłu 1 strefy, przez pierwszy kilometr musiałem lawirować pomiędzy zdecydowania wolniejszymi biegaczami. Ale starając się to robić ostrożnie, szukając wolnych miejsc…do czasu gdy ktoś posuwający do przodu z nieco mniejszą finezją, ktoś może bardziej przebojowy i bardziej zdeterminowany, aby zrobić życiówkę, potraktował mnie jako przeszkodę w realizacji jego planu, i po prostu mnie podciął. Ja wylądowałem na ziemi, a gość wydobył z siebie ‚przepraszam’ i pobiegł dalej. Ja też, gdy się po chwili ogarnąłem, ale jakoś nie miałem już ochoty, aby jego gonić, i aby gonić mój planowany wynik. I to był błąd. A miałem przed biegiem obejrzeć „Rydwany ognia”. Jakoś nie zdążyłem. Gdybym to zrobił, to może zachowałbym się jak dzielny Szkot. Efekt to czas o około minutę gorszy niż WS ( i tak miało być, ale o minutę szybciej w obu przypadkach). Lekcja jest taka, żeby te ‚Rydwany ognia’ co jakiś czas sobie odświeżyć. Humor sobie poprawiłem, biegnąc następnego dnia przyzwoitą przełajową 5-kę. To pomaga.

  • pict
    14 listopada 2017 at 08:46

    Wybaczcie, ale wybieracie się na jeden z największych biegów w Polsce, w dodatku na dość przyjaznym dystansie i spodziewacie się, że nie będzie takich sytuacji? Serio? Przecież to standard, zawsze tak było i zawsze tak będzie. Bieg Niepodległości, Bieg Powstania, Bieg dookoła ZOO, Biegnij Warszawo czy jak się t tam teraz nazywa – z mojego niewielkiego doświadczenia wiem, że to po prostu nie są imprezy sprzyjające szybkiemu bieganiu. Życiówkę oczywiście da się zrobić, ale na zwykłej dyszce byłaby ona na pewno lepszac;-) Zapraszam do Lublina w najbliższą niedzielę na przykład…

    Ta różnica 20 sekund to jest temat! U mnie ona wynosi jakieś 15, więc jest jeszcze śmieszniej 😉

  • Mariusz S.
    14 listopada 2017 at 09:17

    Te sytuacjię zdażają się praktycznie na każdym masowym biegu .Ludzie bez pojęcia zmieniają strefy na coraz szypsze .Ja rozumiem wszystko ale …… to lekka przesada jak w takim biegu jak BPW i BN na strefach (do 47′)stają Ludzie o zdecydowanie za dużej masie na prędkość która jest przypisana do tej strefy .Z góry wiadomo że nie ma takiej możliwości fizycznej żeby tą prędkością pokonał owy Delikfent choć 500m .Nie zapomne tegirocznego BPW pierwszy szybki zbieg na ul.Karowej to jakieś max 800m.po starcie .Widok ledwo przebierających nogami Delikfentów odbierał chęci do dalszej cześci dystansu .Mięso leciało często i gęsto .Ale wyeliminowanie tego typu przeszkód wymagało by chyba CUDU bo zawsze znajdzie się grupa BAAARDZO NIEŚWIADOMYCH Osób ,którym wydaję się że biegają szybko .A w żeczywistości to jedynie Zawalidrogi (.Inne określenia wywołały by burze .).Do momentu kiedy nie będzie to jakoś urególowane (np.nakaz zejścia z trasy i ponowny start )Ludzie bardziej świadomie podchodzili by do stref startowych.Bez takich zmian będzie się tak działo na każdym biegu masowym .Bo nie ukrywajmy Świadomoś Ludzi co do stref startowych jest mało wystarczająca i bez zmian organizacyjnych nic się nie zmieni .Planowane wyniki będą tylko pod warunkiem startu w 1-ej lini i utrudnianie zycia szybszym biegaczom .Ale jedno jest pewne Prawdziwy Biegacz nie zrobi takiego manewru .

  • Amelia
    14 listopada 2017 at 11:58

    Ola, Kinga, Sabina gratuluję!
    Wojtek, nie biczuj się tak, miałeś super wynik na maratonie, coś mi się gdzieś kiedyś obiło o uszy, że trenuje się albo wytrzymałość albo szybkość, nie wszystko na raz 😉
    Dla mnie dyszka to jeszcze było za dużo po czterech półgodzinnych truchtaniach po dwumiesięcznym leczeniu kontuzji, ale za to zaryzykowałam na City Trial następnego dnia i machnęłam 5 km poniżej 25 minut (dokładnie 24:40), tętno było niezłe, a wynik niecałe 1.5 minuty powyżej życiówki, więc forma wraca błyskawicznie 🙂

  • gz_81
    14 listopada 2017 at 13:25

    Ja przybieglem 9’ty na prawie 9000 biegaczy w Poznaniu, a udalo sie tylko dlatego, ze przepchalem sie do drugiej linii. Ta czesc (usytuowanie sie na starcie) stresowala mnie juz od paru dni przed startem i wlasnie tym martwilem sie przede wszystkim. Ostatni bieg sezonu, wszystkie trudy na zyciowke, a przez taki czynnik moze sie nie udac. jak ja sie stresowalem tym. Ale w mojej strefie (A) bylo calkiem luzno na 15 min przed startem i w sumie bylem z przodu. Takze Pozna sie spisal. I tak musialem z 2-3 razy przyhamowac, zeby nie potknac sie o czyjes nogi i bokiem ominac, ale potem juz czysto. Ale juz przywyklem do tego, ze przepchanie sie na przod to dla mnie tak samo czesc skladowa zyciowki jak codzienny bieg z plecakiem w deszczu. Szczegolnie, ze psychicznie nie jestem tytanem i gdybym zaczal za wolnym kilometrem to byloby juz nerwowo calu bieg.
    p.s. moj znajomy biega London Marathon co roku i tam to podobno w ogole jest tor z przeszkodami, jako ze kilka punktow startowych spotyka sie na trasie i utknac mozna kilka razy.

  • kwasnaali
    14 listopada 2017 at 15:10

    Brawo Kinga, Brawo Sabina, Brawo Wojtek! Kinga wiedziałam, że złamiesz 45′, to przez ten creme brulee 🙂 No to mam banch mark na 2018rok!

  • MSŻ
    14 listopada 2017 at 17:28

    Dzięki Kochani! Za rok umawiamy się na dwie porcje kremu, atakujemy 44 ;).
    A mój sposób na komfortowy bieg to ustawienie z przodu (druga, trzecia linia) miałam poczucie, że wszyscy pędzimy w tym samym tempie, nikt nikomu nie zawadza, niby tłum a jednocześnie luz.

  • pc
    15 listopada 2017 at 21:18

    Z innej beczki. też jesteście zażenowani poziomem zdjęć na fotomaraton.pl? „Prosimy zauważyć, że zdjęcia z punktów pomiaru czasu są synchronizowane z pomiarem czasu i w zestawie mogą się znaleźć także gdzie zawodnik jest już poza kadrem” szkoda, że ja jestem może na 20% zdjęć, gdzie na tych automatycznych i tak g… widać … serwis totalnie się popsuł odkąd ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby robić autozdjęcia i potem podstawiać na podstawie pomiaru czasu. Otóż przy okazji BN „coś im nie wyszlo”. Gdzie te czasy gdy było po kilkanaście zdjęć ale ktoś mozolnie odczytywał numery i wrzucał na serwis?

Dodaj komentarz

Nieprawidłowa nazwa użytkownika, żadnych zdjęć, lub serwery Instagram nie został znaleziony
Nieprawidłowa nazwa użytkownika, żadnych zdjęć, lub serwery Instagram nie został znaleziony