KS Staszewscy – Trenuj Bieganie

Dzień ojca, a nawet cztery dni

Najlepszy weekend pod słońcem. I to nie tylko dlatego, że z Małym Yodą obejrzeliśmy właśnie po raz pierwszy „Nową nadzieję” – 4. epizod Gwiezdnych Wojen – i Mały Yoda był zachwycony. Ale powiem Wam, że dwa dni z absorbującym z całą mocą ośmiolatkiem, to jazda na karuzeli bez trzymanki i bez siedzonka.

Po kolei. Piątek. Rano Kinga jedzie z koleżankami nad morze. Wreszcie trafiły z pogodą, bo zwykle jak urządzają ten sabat, to wieje i deszczy. Idę z Małym Yodą na zakończenie roku szkolnego, potem do pracy, odbieram go ze świetlicy i zdaje się, że coś fajnego robimy, ale nie pamiętam, bo sobota z niedzielą zaburzyły mi pamięć bliską. Nie biegam w piątek bo nie ma kiedy.

Sobota. Rano idziemy we dwóch na zakupy na bazarek. Bo raz, że to wychowawcze, a dwa, że jeść trzeba. Potem jedziemy na Paradę Równości, akurat mam dyżur w pracy. No i świetnie, bo co roku chciałem zabrać młodsze dzieci na Paradę, żeby im otwierać umysły i serca, ale się nie składało. Teraz mam pretekst, a wręcz powód.

Komunikatem na stronę UM Warszawa zajmuję się do wczesnego wieczora, a późny wieczór spędzamy przed telewizorem oglądając „Gwiezdne Wojny”. Pamiętam, jak byłem na tym filmie z Jankiem mniej więcej w wieku Małego Yody i córką dziś dorosłą, a wtedy przedszkolakiem (dziś pisałbym: przedszkolaczką). Janek wyszedł przejęty, wsiąkł w cykl, wymyślił sobie potem Anakinę, rysował jej porterty. A córka przedszkolaczka wynudziła się za wszystkie czasy. Na szczęście Mały Yoda kupuje film bez zastrzeżeń, chociaż to dla niego trochę tak jak dla mnie filmy z Adolfem Dymszą – powstały jakieś 35 lat przed jego urodzeniem.

Niebawem obejrzymy „Imperium kontratakuje” i Yoda pozna Yodę.

Niedziela. Robię poranny półmaraton treningowy. Ratuję statystykę tygodnia, wychodzi 70 km. W Konstancinie robię fotkę z Żeromskim i spotykam masę biegaczy z numerami. Akurat odbywa się Bieg Konstanciński. Nie chciałbym się ścigać na czas, bo półmaraton zamiast w tempie 5:40 wychodzi mi w tempie 5:54 i to dzięki temu, że robię potężny negative split.

W domu Mały Yoda już na nogach, drugie śniadanie i robimy super wyprawę. To znów wyprawa z cyklu „było tak super, że szkoda było czasu na robienie zdjęć”. Metrem z rowerami na Młociny, stamtąd na rowerach na Wólkę, bo właśnie były imieniny Janka (wiadomo), Janiny (moja mama), a niedawno Wiesława (mój tata). Wolę ich odwiedzać w lecie i opowiadać wtedy Małemu Yodzie o naszych wakacjach. Te chwile żyją we mnie nawet, kiedy zgaśnie znicz.

A potem jechaliśmy przez Warszawę na południe. Najpierw przez Młociny, powstało tam całkiem niezłe osiedle z plątaniną ścieżek rowerowych, malutkich uliczek. Potem wzdłuż Lasu Bielańskiego, a potem przez bulwary wiślane.

Kończymy po przejechaniu półmaratonu, pizza i do domu. Mam ambitny plan, że napiszę wieczorem kawałek książki, bo w dwa poprzednie dni mi się udawało. Ale starcza mi siły tylko na wywieszenie prania.

Poniedziałek. Wstawiam rano ten wpis do netu i idę do pracy. Nie powiem, że odpocząć, mam w tym tygodniu jedno piekielnie ważne zadanie prócz rutynowych czynności. Ale wiem, że nikt nie będzie mówił co trzy minuty: „tata popatrz”, „tata zobacz”, „tata patrz”. I oczywiście od razu zaczynam do tego tęsknić.

Cudowny weekend. Ale dobrze, że w poniedziałek Kinga wraca. Dobrze, że nie jestem samotnym ojcem, bo trzeba mieć jakiś sposób na życiową logistykę, żeby to wszystko poogarniać. Szacun, kto potrafi.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *