Maraton zaczyna się po trzydziestce, znacie to. Dla mnie w niedzielę naprawdę maraton zaczyna się po trzydziestce. W połowie trzydziestego pierwszego kilometra dogania mnie grupa na trzy godziny, z pacemakerem z chorągwią. Pozamiatane?
Poniedziałek. Idę do pracy, piszę komunikaty, wracam metrem (śpię na siedząco), zajmuję się Małym Yodą. Ale tak naprawdę nie ma mnie tu. Jestem gdzie indziej, jestem na trzydziestym kilometrze wczorajszego maratonu. Na Wisłostradzie, na moście Gdańskim, potem na Świętokrzyskim. I nie rozumiem, jak się stało, jak dałem radę, czy to byłem na pewno ja.
Niedziela, parę minut po 11. Dogania mnie ta cholerna grupa na złamanie trzech godzin. I to właściwie jest koniec marzeń o złamaniu trójki w maratonie. Oglądaliście kiedyś wyścig kolarski? To tak jakby na 150 kilometrze uciekający samotnie kolarz został złapany przez peleton. Ma szanse wygrać wyścig? Ma. Czy to się często zdarza? Prawie nigdy.
Próbuję się z nimi zabrać, wchodzę w rytm grupy, biegnę trochę obok pejsa, trochę tuż za nim. Jest dobrze. Żel, który zjadłem na 29 kilometrze dodaje energii.
Zaczynam się ze sobą rozliczać. Mówię do siebie w głowie dużo słów na k i na ch. Skończyło się rumakowanie, co? Po co ci były te kilometry na luzie po 4:01, 4:01, dwa takie pod rząd. Ok, było trochę z górki, ale przecież nie przez dwa kilometry ty bałwanie. Po co było gonienie tego bardziej agresywnego pacemakera na trzy godziny, który szedł chyba na 2:56? Dogoniłem go przed podbiegiem na Belwederskiej, tam zwolniłem, a na górze okazało się, że tamta grupa jest nie do dogonienia, oddala się ruchem jednostajnie przyspieszonym. Aż w końcu dogonił mnie ten drugi, bardziej pasywny pacemaker i po prostu sprał po pupie jak dzieciaka. Ty durniu, masz 70 maratonów w nogach, a hasałeś jak dzieciak, pycha cię zgubiła, pewność siebie po niezłym półmaratonie. Poczucie, że spokojnie łamiesz 2:59. A tu zanosi się na to, że nic nie złamiesz.
Kończę rozliczenia i gdzieś koło 33 kilometra przychodzi najbardziej dramatyczny moment w moim bieganiu. Może przesadzam, ale dziś tak to widzę: to najbardziej dramatyczny moment. Jest mały podbieg na górkę, zjadam kolejny żel, ale grupa mi odjeżdża. Metr, pięć, dwadzieścia. Zostaję wtedy na tym asfalcie sam. Na maratonie zawsze jesteś sam. Nawet biegnąc z grupą, ze znajomymi, z kimkolwiek – jesteś sam z własnym organizmem. Ja biegnę jeszcze z wielkim żalem – będę się musiał pożegnać z marzeniami na kolejne pół roku. Złamanie trójki odjedzie na karym koniu.
I to właśnie tu. Tu zaczyna się magia. Nie wierzę w coś takiego, jak „bieganie maratonu głową”. Zawsze powtarzam, że biega się fizjologią. Tak przebiegłem moje siedemdziesiąt maratonów – bazując na tym, co wytrenowałem. Więc bez magii nie potrafię sobie wytłumaczyć tego, co się dzieje. Na szczycie górki przyspieszam, na zbiegu dochodzę grupę, na prostej wychodzę na czoło, dwóch czy trzech z nas urywa się do przodu.
Patrzę na zegarek. Kilometr w 4:11, kolejny w 4:14 czyli nadrabiam. Jestem gotów zawalczyć o tę trójkę.
Pytam siebie, czy mogę tak biec. Czy mogę przebiec 8 km w tym tempie nie zwracając uwagi na własny organizm. No, mogę. Nogi mnie nie bolą, nie na tyle, żeby mnie to miało zatrzymać. W żołądku czuję taki stan jak na lekkim kacu. No i co z tego? Najwyżej zwymiotuję z zakwaszenia i polecę dalej. Tętno wariuje, pulsometr pokazuje 181, 183, 186, a mój HR max to właśnie 186. Ale czuję się dobrze, napieram.

Podbieg na most Gdański, ktoś o nim pisał na Facebooku. Za pierwszym razem zwolniłem, teraz nie za bardzo mogę zwalniać, bo mam mało sekund w zapasie. Chociaż liczę, że mogę sobie pozwolić nawet na tempo 4:20, nawet 4:24. Nie ma dramatu.
Na moście dobiega do mnie Tomik, stary znajomy nie tylko w bieganiu, mistrz średnich dystansów i trójkołamacz. Proponuje colę, ale nie chcę, mówi dużo dobrych słów, dodaje wiary. 4:07, 4:05, przedostatni żel.
I po drugiej stronie Wisły dzieje się to, co musiało przyjść. Dobrą passę przerywa kolka. 4:34, 4:35. Nie daję rady szybciej. Ale jestem zdeterminowany, żeby walczyć, kolka przechodzi, zbieram się mocno. Wychodzi kilometr w 4:30. Do dupy takie zbieranie się, za wolno, tracę cały zapas. Liczę sekundy, liczę szanse. Pacemaker na trójkę został z tyłu, widzę przed sobą pojedynczych biegaczy, próbuję ich doganiać, motywować się wewnętrznie.
Zbiegam z mostu, Podopieczny Rafał coś krzyczy. Widzę, odbieram, nie reaguję. Jestem na 40. kilometrze coś koło 5 sekund szybciej niż w Łodzi. To sprawdzę później, na trasie wiem, że jest podobnie. Dopada mnie cień tamtego wiosennego maratonu. Ta sama kolka, to samo poderwanie się i… w Łodzi zabrakło 13 sekund. Nie chcę tego samego w Warszawie.
Mógłbym teraz fantazjować, jak przyspieszam, jak wyprzedzam, jak wolontariusze z ostatniego punktu mnie dopingują. Ale ja tego nie wiem. Nie kojarzę, co się działo na ostatnich dwóch kilometrach. Wiem, że widziałem na stoperze nawet 4:05, potem musiałem zwolnić, bo kilometr wyszedł w 4:13. Zostaje ostatni kilometr i ostatnie 195 m.
Kilometr przed metą czeka Kinga, kibicuje, krzyczy, dopinguje wszystkich. Kinga spyta potem, czy mi pomogło, jak ze mną podbiegła. Co jej mam powiedzieć? Chyba mi pomogło, ale nie pamiętam, że ze mną podbiegała.
Pamiętam Małego Yodę, jak biegnie obok mnie, robi mi zdjęcia, które wstawiam tutaj. Przychodzą mi do głowy te wszystkie kiczowate opowieści Iron Manów albo Ultrasów, jak zdobywali medal dla swojego synka, chociaż synek ich o to wcale nie prosił. Ale opowiadam sobie tę bajkę. Tam gdzie jestem – jakiś odmienny stan świadomości – takie rzeczy działają.
Ostatnia prosta. Cisnę jak szalony, ale wychodzi zaledwie 4:12. I aż 4:12! Zrobiłem kolejne trzy sekundy nadróbki nad tempem 4:15. Trzy sekundy! Powtórzę jeszcze raz, żeby nie umknęło: 3 sekundy.
Pika ostatni kilometr, do mety 195 metrów. Widzę, że mam jakieś 50 sekund do bariery. Kilka metrów przede mną biegnie facet w niebieskiej koszulce. Doganiam go, ale z jakichś trzech metrów krzyczę dość obcesowo: ścigaj się! Może obaj urwiemy dzięki temu jakieś sekundy i złamiemy.
Wbiegam na metę z poczuciem, że złamałem, no złamałem, chyba złamałem. Marcin Rosłon komentuje, do mikrofonu mówi coś o tym łamaniu trójki, pokazuję palcem do góry, że dałem radę. Sekundę późnej wpadam na metę i truchleję, czy ten gest nie zabrał mi marzenia.
Na zegarku mam optymistyczne 2:59:56, w oficjalnym czasie doliczają mi 1 sekundę. To o „błysk szprychy” pisze Norbert, biegowy znajomy, który pierwszy przysyła mi esemesa w oficjalnym wynikiem. 2:59:57. Spełniłem swoje marzenie.


Myślę dziś o tym błysku szprychy. Maraton trwa kilka godzin. Walka, ta gruba, ta bitwa, ten bój – to była niecała godzina. Ale przygotowania do maratonu to miesiące, dni i godziny. Miesiące – gdybym nie zrobił dwóch kluczowych trzydziestek na początku września, gdybym nie zrobił interwałów w Słowenii po wyprawie rowerowej, gdybym nie biegał w potężnej ulewie treningowego półmaratonu w Rosochatym Rogu, to nie zniszczyłbym swojej formy. Ale może pobiegłbym o 4 sekundy wolniej. Dni – gdybym nie spał tylu godzin w ostatnim tygodniu, gdybym nie zrobił tak mocnych kilometrówek na Treningu Wspólnym, to może też zabrakłoby tych 4 sekund. Godziny – gdybym nie zjadł rano tej miski ryżu (plus 4 małe kanapki), tylko dodatkową kajzerkę, gdybym nie wypił tej butelki wody mineralnej poprzedniego dnia, gdybym nie polewał głowy zimną wodą w czasie biegu, gdybym nie zmusił się do 5 żelów na trasie, gdybym… to może by zabrakło.
Matematyka tego biegu jest porażająca. Gdybym każdy kilometr maratonu przebiegł o 0,1 s wolniej – to miałbym czas 3:00:01. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że na finiszu można by „pójść w trupa” i odrobić tę sekundę. Tylko ciekawe jak? Bo ja szedłem w trupa. Garmin pokazał maksymalne tętno 193, o 7 oczek więcej niż moje tętno maksymalne zmierzone kilka lat temu. Po prostu zepsuty czujnik, czy jednak magia?
3 thoughts on “Maraton marzeń”
No więc to jest wpis, który przejdzie do historii tego bloga!
Znakomity.
Brawo, wielkie gratulacje!
Chyba sobie przeczytam jeszcze raz od początku… 😉
Czytałem z zapartym tchem…. zazdroszczę, podziwiam, gratuluję
Tak, jestem całkowicie usatysfakcjonowany tą relacją. A nawet więcej. Ukłon w pas i całus w łysinę. Klasa, klasa, klasa.