Mam dość tego plastiku, tych uśmiechów celebrytów, przygnębia mnie ten fałsz – powiedziała mi w poniedziałek rano Kinga. Budzi się przede mną i kiedy dzwoni budzik, ona ma już za sobą poranną sesję Facebooka. No to dobra, dzisiaj bez plastiku.
Kiedy byłem małym chłopcem nigdy nie jeździłem z rodzicami na wakacje. To znaczy: rodzice starali się mnie zabrać wszędzie, ale osobno. Z mamą jechałem na dwa tygodnie nad morze, z tatą na miesiąc w góry. Nigdy natomiast nie byliśmy na wakacjach razem. Dopiero jako dorosły człowiek widzę w tym coś dziwnego, ale teraz to już nie ma żadnego znaczenia.
Z Kingą w zasadzie zawsze jeździmy razem. Byliśmy w lipcu na Suwalszczyźnie z Małym Yodą, cudowny tydzień, pisałem, pokazywałem. A potem Kinga wzięła małego Yodę i wyjechała na tydzień do Świnoujścia z dobrą sąsiadką. Mieli świetny czas, Mały Yoda brykał z kolegami. Plażowali, kiedy chcieli, zwiedzali, jedli, wszystko jak chcieli.
Ja też miałem super tydzień. Chodziłem do pracy, biegałem jak dziki, udało mi się podciągnąć trochę książkę (tę którą piszę) i dosłuchać do końca ostatniego Orbitowskiego na audiobooku.
Do rzeczy. W piątek spotkaliśmy się stęsknieni, kwiatek na PKP, woda i wino na balkonie. W sobotę rano zaczęliśmy się kłócić. Dwa punkty zapalne wybuchły jednocześnie.
Pierwszy punkt nazywa się bomba zegarowa. Bo mnie czas przepływa często między palcami, wszystko mi się opóźnia, rozkoszuję się slow motion in my life. A Kindze zegar tyka na pierwszym planie, jest zorganizowana jak harcerka, powinna mieć na drugie imię Konkret, gdyby to nie był rodzaj męski.
Drugi punkt nazywa się Perfekcyjna Pani Domu kontra Brudas Sezonu. Mamy zupełnie inne poczucie, kiedy w domu panuje czystość i porządek, a co należy określić jako brud i bałagan.
Zaczęliśmy w sobotę rano, potem sobie wyjaśnialiśmy, przytuliliśmy w sobie wszystko. Pojechałem z Małym Yodą na wyprawę rowerową na Plażę Saską, ale takimi drogami, że praktycznie przez cały czas jak na wakacjach, chociaż dotarliśmy do centrum miasta. Tak fajny czas, że nawet nie zrobiłem jednego zdjęcia, tak dobrze było chwytać każdą chwilę, przeżuwać i przełykać. Tyle że wróciliśmy do domu spóźnieni, więc odżyły poranne niewubuchy i z zaplanowanego wyjścia do znajomych były nici.
Znów wszystko przegadaliśmy, przytuliliśmy. W niedzielę znów był balkon nocy letniej, po to kupiłem tam mały stolik i dwa krzesła ogrodowe, żebyśmy sobie tak wieczorami siadywali.
To jest normalne życie. Związek to sztuka szanowania się nawzajem, wsłuchiwania się w swoje potrzeby, oczekiwania. Chęć bycia dla. Osobne wakacje to jak droga po osobnych ścieżkach, które sobie sami wybieramy, kształtujemy. A potem te drogi muszą się spleść. I wtedy znów biegniemy w jednym rytmie.
Uśmiechamy się do Was szczerze ze zdjęć na Facebooku albo Instagramie (znajdź nas, zobacz). Ale prawdą jest, że mamy gorsze momenty. Z którymi radzimy sobie najlepiej jak umiemy. A że umiemy nieźle, to uśmiechamy się do Was szczerze. I tak dalej.
Zdjęcie z poniedziałkowego półmaratonu treningowego. Wróciłem biegiem z pracy, po drodze gadałem sobie z Kingą i nagle słyszę w słuchawce „Widzę cię, biegniesz! W tej okropnej żółtej koszulce”. I rzeczywiście zobaczyłem, jak nadjeżdża, a akurat mijałem klub fitness, w którym zaraz miała zajęcia. Mały Yoda już wydzwaniał pod koniec, kiedy dotrę, więc umówiłem się, że weźmie piłkę i koniecznie butelkę wody (znów za mało picia wziąłem), i spotykamy się na boisku. Strzelał mi przez 20 minut. No nie wiem zresztą przez ile, bo każda minuta była taka, że tylko przeżuwać i wolno przełykać.
A półmaraton wyszedł mi nieźle. Czas 1:57:50, tempo średnie 5:35 min./km. Na Suwalszczyźnie było po 6:20. Forma wraca.
