Jak zrobiłem życiówkę w kategorii M-50 w półmaratonie. O minutę przeskakując marzenia, bo od pięciu lat, od przekroczenia Rubikonu pięćdziesiątki usiłowałem bezskutecznie złamać 1:25, pięciokrotnie wychodziło 1:25:xx. A w ostatnią sobotę…
Zacznę od niedzieli. Kinga zającowała w Biegu Przez Most i jak słyszałem te wszystkie opowieści, to żałuję, że z nią nie biegłem, anonimowo, w grupie. Dużo wesołych anegdot na trasie i sporo zadowolonych biegaczy, którzy na moście poczuli, że mogą już zafiniszować i złamali swoją wymarzoną barierę – 65 minut na dychę.
Każdy ma swoje bariery. Biegacze z grupy Kingi 65 min. na dychę, ja 1:25 w półmaratonie. A np. Mariusz Giżyński 65 minut w półmaratonie i w sobotę na Pradze tej bariery nie złamał. Słowo „wygrać” ma w bieganiu różne znaczenia.
W niedzielę kibicowaliśmy startującym w Biegu Przez Most z Małym Yodą. A potem Mały Yoda wybiegał drugie/trzecie (taka zawiłość formalna – w każdym razie podium było) w biegu dzieci na dystansie 300 m. Zdjęcie otwarciowe z finiszu tego biegu. Chciałbym mieć taką technikę. Bo zaciętość na twarzy… to chyba Mały Yoda ma po mnie.

W sobotę rano pojechaliśmy na rowery, rodzinnie ze znajomymi, 27 km powoli. Gdyby to był maraton, to bym nie pojechał, ale przed połówką uznałem, że te kilka godzin z Małym Yodą są cenniejsze niż kilka sekund w wyniku. Obiad w drodze, ale nieduży, no i wieczorem przed wyjściem zastanawianie: co zjeść, jak sobie zwiększyć zapasy glikogenu przed samym startem.
W domu akurat nie za bardzo coś było, więc poszedłem do sklepu, kupiłem ryż w torebkach. Ugotowałem sobie porcję, dodałem sporo masła i zjadłem ze smakiem, jak dziecko po grypie żołądkowej.
I teraz będę to lansował: miska ryżu przed startem. Ryż oczywiście posolony plus masło (tłuszcz). Jedzcie ryż. Ryż czyni cuda

20.10 robię zdjęcia balonów. Na rozgrzewce spotykam Podopiecznego Tomka, który cuda systematycznie wciela w życie, ostatnio to było 2:49 w maratonie. 20:30 start. Po kilometrze doganiam byłego Podopiecznego Marka, prowadzi grupę na 1:25. Obiecywałem to parę razy Markowi i sobie, że go nie będę wyprzedzał, ale koń ciągnie do przodu. Boję się też markowego negative split – że nie będę miał siły przyspieszyć.
Doganiam Sebastiana, twórcę Teamu Zabiegane Dni, on też prowadzi na 1:25, tylko równym tempem. Trzymam się w jego grupce do piątego kilometra, wychodzi 19:45. Szybciej niż wszystkie moje tegoroczne parkruny. Jest dobrze, bo cały czas jadę na ręcznym. Lekko przyspieszam i druga piątka według Garmina wychodzi jeszcze szybciej – w 19:42. Dochodzi do tego 19 sekund korekty między Garminem a matą na 10. kilometrze – ale i tak mam złamane wyraźnie 40 minut na 10 km, prawie o minutę szybciej niż w Biegu Powstania.
Buty. No fakt, to nie jest do końca porównywalne, bo założyłem buty siedmiomilowe – adidas adizero pro z wkładką karbonową. One mi dodają, bez tych butów chyba złamanie 1:25 nie byłoby możliwe. Ale czy w związku z tym mam sobie tego wyniku nie uznawać? No nie. To jest postęp technologiczny. Tak jak żele energetyczne były postępem w odżywianiu. W 2006 roku we Wrocławiu pobiegłem 2:49:57 nie wiedząc, co to żel, co to odżywianie na trasie czymś innym niż banany albo kostki cukru. Kolega, z którym biegliśmy parę kilometrów dał mi pół batona energetycznego. No i co? Miałbym sobie unieważnić wszystkie późniejsze wyniki? Miałbym wykasować życiówkę 2:49:51 z Warszawy w 2010 roku? Bo gdybym biegł bez żelów, to pewnie poszłoby gorzej. No nie. Jednak uznaję wynik z Warszawy sprzed dwunastu i uznaję wynik z Pragi z weekendu.
A potem jest z każdą chwilą coraz piękniej. Łapiemy równy krok z Robertem z Ostrzeszowa pod Wrocławiem. Okazuje się, że mamy wspólną znajomą – Agnieszkę, która kiedyś była naszą Podopieczną i jeździła na obozy do Rabki (pozdrowił Cię, Agnieszka?). Trochę gadamy, przynajmniej do 15 kilometra, bo potem zaczyna być trudno. U mnie działa już żel, przyspieszam, najszybszy kilometr wychodzi w 3:49. Potem zaczyna działać żel Roberta, on mnie wyprzedza. Mam wrażenie, że wyprzedzam bardzo dużo ludzi, ale inni mnie wyprzedzają, zwłaszcza pod koniec, na 18-19 kilometrze tempo mi spada do 3:59. Ale nie szkodzi, liczę, liczę, nawet z korektami między Garminem a flagami wychodzi na to, że złamanie 1:25 w ogóle nie jest zagrożone. A jest szansa, naprawdę jest szansa przebić marzenia i pofrunąć na złamanie 1:24.
Ta szansa to 3 sekundy. Kończę z oficjalnym wynikiem 1:23:57. Spełniony, fantastycznie spełniony.
Stajemy z Tomkiem za metą, bo on dobiegł w 1:19 i poczekał. Przybijemy piątki Kubie, Robertowi, Rafałowi, przeoczę Tomka, Kamila. To jest chyba jeden z najprzyjemniejszych momentów w bieganiu – stać z uśmiechem po dobrym biegu i witać na mecie Podopiecznych i Sympatyków, przeżywać ich emocje lepsze, gorsze, ale zawsze prawdziwe.
Bieganie nie do końca jest sportem indywidualnym.
Na koniec zdjęcie Kingi – zajączyni (wiem, że powinno być zajęczycy, ale jęczy mi to w uszach) z byłym Podopiecznym dziś Sympatykiem Mariuszem.
