Buty kontra wiatr. Kto wygrał w Biegu Raszyńskim?

Wygrałem. Wygrałem w Biegu Raszyńskim sporo. Wygrałem trzecie miejsce w kategorii wiekowej, o jedną sekundę. Od początku mijaliśmy się z facetem w białej koszulce, na głowie siwawy jeżyk, wygląd pułkownika służb specjalnych na przedwczesnej emeryturze. Jak nic moja kategoria.

Wyprzedził mnie kilometr przed metą, zdawało się, że na amen. Skontrowałem, on zrekontrował, ja znów… Gdyby to był brydż, to nasz kontrakt miałby wielokrotne przebicie. Na ostatnią prostą wpadłem z przewagą taką, że słyszałem jego kroki, ale z oddali. A potem Piotrek – sprawdziłem w wynikach – zafiniszował i tupanie zaczęło się przybliżać. Docisnąłem, on też i w końcu wpadłem na metę z Piotrkiem na plecach, z przewagą jednej sekundy.

Nie wiedzieliśmy nawet, że walczyliśmy o podium w M-50. Do wieczora nie wiedzieliśmy. W wynikach miałem miejsce 4., zdarza się. A wieczorem patrzę – jestem trzeci. Bieg Raszyński jeszcze tego nie wyjaśnił, ale jak czytałem w komentarzach z innej kategorii, bywało, że ktoś skończył po dwóch kółkach i zbiegał na metę.

Hej! Człowieku! Nie rób tak! Nie wiem, czy zrobiłeś to niechcący, czy z premedytacją, ale źle zrobiłeś. Nie dałeś rady, to zejdź z trasy. Bo tej chwili szczęścia na podium i tych fotek do wrzucenia do netu – które mi zabrałeś, żeby nie powiedzieć „ukradłeś” – nikt mi nie odda.

Kinga na podium

Trzecie miejsce zdobyła natomiast Kinga i stanęła na podium. Kinga dostaje ode mnie jeszcze tytuł Mistrzyni Świata Nietrenujących Trenerek. Od wielu miesięcy robi treningi tylko z Podopiecznymi, zwykle nie najmocniejsze. Albo na sali fitness (oczywiście je prowadzi). Albo biega z koleżankami w żółwim tempie. A jedyny akcent robi na naszych wtorkowych Treningach Wspólnych i to też często się mocno oszczędza.

No i co? Można nabiegać z tego 46:50? Można. Dwie minuty poniżej życiówki, ale z bananem na twarzy.

Gdybym ja biegał dwie minuty wolniej od życiówki, to wychodziłoby 38:30. Chciałbym. Wczoraj w Raszynie wyszło 39:15. Cieszę się, bo na jesieni złamanie 40 minut było poza zasięgiem. Ale nie do końca wiem, co o tym wyniku myśleć.

Spodziewałem się, że pobiegnę normalnie w około 39:30. Bo na Półmaratonie Warszawskim na 10. kilometrze miałem czas około 40:30.

No ale doszły dwie zmienne. Z jednej strony wiatr. Zatrzymywał mocno w drugiej części pętli. Wprawdzie na początku okrążenia popychał, ale wiatr się nigdy nie bilansuje na zero. A z drugiej strony siedmiomilowe buty adidas Adizero Adios Pro2, karbonowe, legendarne. Ile mi dały? 15 sekund plus to, co odjął wiatr? Czyli ile? A do rozliczeń dochodzi jeszcze to, że lata lecą i szybkość spada bardziej niż wytrzymałość. No i nie wiem, zgłupiałem.

Próbowałem analizować wyniki w półmaratonie w Warszawie moich bezpośrednich rywali z dychy. Zwykle mieli podobne albo wolniejsze o kilka minut. A część biegła na piątkę – z wynikami dla mnie dziś kosmicznymi, ok. 18:30. To potwierdza, że moją mocniejszą stroną jest wytrzymałość. Ale co mówi o butach? Nie wiem. Zobaczę w Łodzi. Na szczęście są wygodne, czasem miałem to wrażenie, że wystrzeliwują mnie jak z torpedy. Przy mocniejszym tupnięciu. Że przetaczam stopę aż do palców i wtedy pojawia się dodatkowe, karbonowe odbicie. Ale nie wiem, czy to rzeczywiście zaobserwowałem, czy mój umysł uległ marketingowi. Łódź pokaże. Pojechaliśmy sporą grupką Podopiecznych. Wyszło z tego trochę fajnych wyników, największe wrażenie zrobiły na mnie niesamowite szybkie postępy jednego Pawła, dziesiątka w tempie maratońskim dzień po trzydziestce drugiego Pawła i podium Doroty, powracającej do regularności po dziurawym z musu miesiącu. Brawo Wy i dzięki wszystkim za wysiłek.

Silna grupa czterdziestkołamaczy – chyba wbiegamy na ostatnią pętlę

A propos brawo. Brawo to ważne słowo. Wczoraj mój dobry kolega w bieganiu Antek pobiegł maraton w Dębnie. Antek nie daje mi szans na żadnym dystansie, a tu pobiegł 3:08 tak jak ja w Warszawie. Pod zdjęciem na FB ma dużo lajków, oklasków, gratulacji. No i odezwał się we mnie ten przekorny chłopczyk, który zapitalał na trójkołowym rowerku po Bielanach. Napisałem Antkowi „Ty wiesz, ja wiem…”, a dalej o tym, że wynik do bani i brawo dla niego, że już myśli o tym, gdzie to poprawić.

I wiecie co? Myślę, że tak trzeba. Że nie może być zawsze brawo, brawo, świetnie, jesteście wspaniali. Że czasem musi być: dobrze, na zaliczenie, plan minimum zrealizowany albo poniżej oczekiwań. Bo dopiero wtedy brawo i świetnie zaczyna znaczyć to, co powinno, a nie to, co w pi-arze. Czyli nic.

Brawo Kinga na pewno. Brawo Dorota, Paweł, Paweł. Czy brawo Wojtek? Umiarkowanie. Nie bijmy braw przed zachodem słońca nad Łodzią.

Komentarze

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *