Kupiłem sobie buty siedmiomilowe. Nazywają się adidas Adizero Adios Pro 2, kosztują prawie bimbalion i mają tę słynną karbonową podeszwę, na której czołówka bije rekordy. But sam nie biega, to jasne. Ale jeśli technologia pozwala biegać trochę szybciej niż wynika z samego treningu, to dlaczego jej nie użyć, skoro jest dopuszczona przez IAAF i wszystkich świętych?
Zastanawiałem się nad tym od pół roku. Czy rzeczywiście to może pomóc, czy wydawać tyle kasy, czy to jest ok. Odpowiedzi znalazłem po kolei. Może pomóc („Widzisz, co się dzieje” – powiedział mi przed Półmaratonem Warszawskim guru Jerzy Skarżyński, którego spotkałem na stoisku z nieśmiertelną książką). Kasy dużo, ale to będą startówki na lata, tylko na absolutnie kluczowe starty, atestowane i z ambitnymi celami. A po trzecie to jest ok (Skarżyński: „Ja ci ten wynik uznam”).
Bo to trochę tak, jakby nie kupować sobie żelów energetycznych na zawody, tylko biegać na kostkach cukru. Ktoś te odżywki – lepiej przyswajalne, bardziej energetyczne – wymyślił. I korzystamy z tego. Pierwszy raz złamałem 2:50 w maratonie jedząc na trasie tylko pół batonika, które oddał mi Dominik W. Drugi raz kilka lat później, jadąc już profesjonalnie na żelach. Miałbym sobie tej życiówki nie uznać?

Półmaraton pobiegłem jeszcze w zwykłych startówkach. Wynik – 1:25:48 – według mojego własnego Liczydła Biegowego (ściągnijcie sobie apkę na telefon) daje mi prognozę na maraton 3:04:30. Ja się już nauczyłem trochę przebijać Liczydło na długich dystansach (lepsza wytrzymałość), ale nie wiem, czy aż o 5 minut. Z drugiej strony Tabele Danielsa mówią o kilkunastosekundowym złamaniu trójki. Warto sobie jeszcze trochę pomóc, żeby to prawdopodobieństwo zwiększyć.
Po biegu poszedłem do Sklepu Biegacza. Oglądałem te buty, jedne niebieskie, drugie limonkowe, myślałem, rozważałem, aż sprzedawca z tyłu zapytał, w czym panu pomóc. Za dziesięć minut już byliśmy po imieniu i okazało się, że z Arturem cięliśmy się dzień wcześniej na połówce oraz widujemy się na treningach na Agrykoli. A za piętnaście minut wyszedłem ze Sklepu Biegacza z butami siedmiomilowymi w pudełku.

Próba generalna i jedyna przed maratonem w najbliższą niedzielę – w Raszynie. Kto się wybiera, żeby pobiec w jednej z najsympatyczniejszych dziesiątek w Warszawie. Po biegu idziemy do namiotu na zupę czy co tam będzie – dosiądźcie się, przybijcie piątkę, zagadajmy. No i będziecie pierwsi, którym powiem, czy te buty są warte swojej ceny.
Moja przedostatnia mocna dziesiątka to start na jesieni w Raszynie – 40:36. A ostatnia – to międzyczas z Półmaratonu Warszawskiego – 40:28. Ile wyjdzie teraz? Idę na złamanie 40 minut, ale po butach obiecuję sobie trochę więcej. Zobaczymy. Zdjęcia z sobotnie biegu w wiosennej (cha, cha, cha) edycji Leśnej Triady Biegowej. Mały Yoda, Mój Młody Padawan, był drugi w biegu dzieci na 500 m. Kinga – trzecia open wśród kobiet na dystansie ok. 5,5 km. A ja – szósty. Czasy nie mają tu nic do rzeczy, ale powiem Wam, że jak zobaczyłem, że po tym śniegu pobiegłem w 4:13 min./km, to pomyślałem sobie, że zrobienie ośmiu takich triad w tym tempie po asfalcie może być wykonalne. Przynajmniej w siedmiomilowych butach.
