Dobrą walkę stoczyłem

Pamiętacie czołówkę Matrixa? Te przeskakujące cyferki w sąsiednich kolumnach, z który powoli wyłania się kod naszej rzeczywistości, a w końcu sama, namacalna rzeczywistość. To w maratonie jest dokładnie odwrotnie. Człowiek staje na starcie w sportowym stroju, na asfalcie, w tym czy innym mieście i otoczony innymi biegaczami. A potem z każdym kilometrem coraz bardziej przybliża się do stanu, kiedy będzie sumą parametrów i matematycznych wypadkowych. Jakie tempo jest potrzebne do osiągnięcia celu? Z jakim tętnem biegnę? Ile jest stopni kiedy świeci słońce, a ile w cieniu? Ile sekund zapasu dzieli radość od uśmiechu?

9.00. Ruszamy. Staję na końcu strefy, balony na 3:00:00 przede mną. Staram się wystartować z 20 sekund za nimi, żeby mieć zapas brutto-netto. Wiem, że ten maraton rozegra się na sekundy.

Biegnę po 4:10-4:15, to moje widełki. Szybko doganiam zająca, czyżby biegł za wolno? Biegnę do przodu, grupa mnie dochodzi chyba przed dziesiątym kilometrem, ale i tak przeważnie będę na czele. Wygląda to tak, jakbym był łasy na dobre foty i sporo fajnych zdjęć mi cykają fotografowie maratonu. Nie o to chodzi, by gonić zająca, ale żeby mu uciekać.

Fot. Maraton Łódzki. Tak jak i zdjęcie otwarciowe. Naprawdę niezłe foty zrobiliście

Liczę sekundy, na każdym kilometrze robi się coraz większa różnica między piknięciem kolejnego kilometra, a kreską na ziemi i flagą. Na mecie wyjdzie mi monstrualne 42,8 km – aż 600 metrów nigdy mi „nie doliczyło” na żadnym biegu. Na bieżąco robię korekty, na 10. kilometrze łapię dodatkowego łapa koło flagi, wychodzi 40 sekund różnicy. Czyli moje „szalone” 4:10, to tak naprawdę 4:14, w zasadzie w punkt.

Fot. Justyna Śliwowska – wielkie dzięki, więcej pod spodem

Śmieję się na tym zdjęciu bo brawo Wojtek krzyknęła mi właśnie nasza najmocniejsza maratonka, Justyna z Łodzi (i zrobiła to zdjęcie). Nie biegnie, bo kontuzja. Justyna tak jak ja umie w maraton, na tym dystansie ma najmocniejsze wyniki. Ja też. Trzeba mieć jakąś masochistyczną miłość do tego dystansu, ale ten cały masochizm jeszcze przede mną.

Wydaje mi się, że zając znów biegnie za wolno, wyruszam w podróż do małej grupki przede mną. Widzę coraz większe korekty między wskazaniami Garmina, a kolejnymi flagami, więc staram się biec bliżej 4:10. Nie zawsze się daje, bo Łódź nie jest wprawdzie miastem górzystym, ale pofalowanym, jak jezioro Śniardwy. Z górki nadganiam, pod górę zwalniam, żeby się nie zakwasić. Zerkam na tętno i widzę czasem, że lepiej zwolnić, bo pokazuje mi 172, 173. Z takim tętnem umiem przebiec połówkę, nie 42 km. Schodzę do 170, niby za wysoko, ale jest dobrze. Mam dzisiaj dzień cyborga.

Liczę na 14. kilometrze – międzyczas razy 3 plus 1 minuta na ostatnie 195 m. Rewelacyjnie, teraz już nie pamiętam, ile wychodzi, ale jest mała nadróbka, coś koło półtorej minuty. Na czternastym łatwo się samemu oszukać, ale na połówce jest podobnie – mogę pobiec drugą połówkę o 1,5 minuty wolniej i łamię trójkę. Wiem, że wszystko przede mną, że maraton zaczyna się po trzydziestce, ale jestem na to gotowy.

Fot. Sebastian Szwajkowski, Radio Łódź

Żele. Wziąłem na bieg pięć. Dwa w prawej kieszonce, dwa w lewej, jeden z kofeiną w tylnej, żeby się nie pomylił, bo to na koniec. Pierwszy biorę po 15. kilometrze, drugi przed 25., trzeci na 29. Chyba, nie odtworzę już wszystkich liczb. Sprawdzam międzyczasy, cieszę się fajnym doładowaniem energetycznym po każdym żelu. Jestem w grze. Nie wiem, czy złamię tę cholerną trójkę, ale wiem, że gram o to na poważnie. Że mnie nie przepędzili od stolika. Że to nie jest maraton, w którym 3:08 było powodem do radości, a złamanie 3:05 – nieosiągalnym celem, jak pół roku temu w Warszawie. Że jestem gdzie indziej, tam gdzie byłem kiedyś. Z balonami na 3:00.

Wychodzi słońce. Właściwie to było na niebie od samego początku, kwiecień plecień akurat na jeden dzień zawiesił listopad. Ale teraz zaczyna przygrzewać. Łapię cień kamienic, wtedy jest wyraźnie lepiej. Wiatr robi się też mocniejszy, ale spoko, to nie wichura, zbilansuje się.

Kinga w domu mnie śledzi. Potem mi pokaże live-tracka zdziwiona, jak równo biegłem. Prognozowany czas na 15, 20, 25 kilometrze – 2:58:38, co do sekundy. Na 30. – 2:59:20, na 35. – 2:59:20, znów co do sekundy tak samo. Ja już wtedy liczę od tyłu – w ile sekund mogę przebiegać kilometr, żeby złamać. Wychodzi mi, że nawet 4:20, czyli spoko. Czyli tak naprawdę 4:15 wg Garmina, bo w Łodzi kilometry sprawiają wrażenie dłuższych niż w Sevres.

W tym momencie chyba przegrywam ten maraton. Bo już sobie wieszam medal na szyi, już jestem zwycięzcą. A samo się nie wygra.

Fot. Jacek Mirończuk, były Podopieczny i Obozowicz, dziś Sympatyk. Dzięki Jacku

Mam wrażenie, że wściekle napieram. Dopiero jak teraz patrzę na Garmina, widzę, że gdzieś od 35. kilometra tempo spada. To nie jest żadna ściana, to jest po prostu bardzo ciężki bieg. Żegnam się z techniką, puszczam oba nadgarski (na zdjęciach widać, co wyprawiam z lewym). Napieram, ale powietrze gęstnieje, jak kisiel, jak budyń, jak galaretka, coraz trudniej się przebić. Gorąco.

Zjadam czwarty żel i chyba kilka minut później przychodzi kolka. Kolka nie była w to wliczona, nie była wkalkulowana. Muszę zwolnić, ściskam ją mięśniami brzucha, nie szarżuję, muszę się jej pozbyć. Udaje się, ale wychodzi najwolniejszy kilometr: 4:32 plus pewnie przynajmniej 2-3 sekundy na korektę. Ciągle jestem w grze, dociskam, wyprzedam. Ileż ja się nawyprzedzałem. Ze 170 pozycji na pierwszych międzyczasach do 124 na koniec. Robię kilometr w 4:19, następny w 4:16. Wróciłem do gry.

I wtedy przychodzi 38. kilometr. Robię go w 4:29. Nie wiem dlaczego. Wiem, że gdybym go pobiegł w 4:15, to byłoby to właśnie te 14 sekund różnicy. Kolejne dwa kilometry robię w 4:18 i 4:15, więc dlaczego tamtego nie mogłem pobiec na podobnym poziomie?

Dlatego, że gdybym mógł, to bym przebiegł. Teraz jest łatwo pisać, myśleć, rozdzierać szaty. Stary! O ile się nie opieprzałeś na trasie, nie myślałeś o niebieskich migdałach, to znaczy, że nie mogłeś pobiec szybciej. A ja myślałem tylko o sekundach, które łapię, które zyskuję.

Doganiam jednego, drugiego, wyprzedzam gościa na oko z mojej kategorii wiekowej. Przy trasie jedzie rowerzysta (kim jesteś?), zaczyna mnie dopingować, mobilizować, jeszcze 100 metrów podbiegu, potem będzie z górki, doganiaj, dasz radę.

Daję z siebie wszystko. Nie wszystko co mogę, ale naprawdę wszystko. Moje tętno maksymalne to 186 i to zmierzone parę lat temu, dziś powinno być niższe. Cały maraton przebiegam ze średnim tętnem 170, Garmin pisze mi, że to tempo progowe. To sprzeczność definicyjna, bo tempo progowe, to tempo godzinnego biegu, a nie trzygodzinnego. Garmin łapie mi na finiszu, a także w okolicy 40 kilometra tętno 186. Chociaż HRmax można teoretycznie osiągnąć tylko na biegach do 5 km.

Mogę o tym maratonie powiedzieć „biegłem całym sercem” – i to nie jest kiepska metafora, tylko opis fizjologii tego biegu. Powiem Wam, że kiedy zobaczyłem te 186 w wykresach Garmina, to wybaczyłem sobie wszystko. Ja nie zrobiłem tego, co mogłem. Ja zrobiłem to, czego nie mogłem.

Ale to niestety było za mało. Rezygnuję z ostatniego żelu, zjadam za to trzy pastylki Dextrozy, które właściwie wmusił mi Tomik 10 kilometrów temu (weź na później – dzięki Tomki, wziąłem) To mi daje moc. Na 41 kilometrze jeszcze mam nadzieję, podrywam się. Ale udaje się wycisnąć z organizmu tylko 4:15. Zbiegam do hadesu łódzkiej hali sportowej odebrać swoją porażkę.

Za metą padam na ziemię ze zmęczenia. Bolą nogi, jak nigdy – to chyba efekt tych karbonowych butów. One pozwalają wycisnąć z mięśni więcej mocy, ale zostawiają je z gorszymi uszkodzeniami, tak potłuczony nie chodziłem po maratonie od wielu lat. Padam też z żalu. Zderzają mi się w głowie dwie myśli. Jedna z 2. listu do Tymoteusza: dobrą walkę stoczyłem, bieg ukończyłem, wiarę zachowałem. Wierzę, że mogę złamać trójkę na jesieni. Druga nie tak poetycka, ale brutalna: przegrałem. 3:00:13 netto.

Oczywiście to jest świetny wynik. Oczywiście pobiegłem lepiej niż się suweren spodziewał. Oczywiście te 13 sekund nic nie znaczy. I oczywiście to nieprawda.

Bo ja nie jadę do Łodzi po złoto. Nie jadę po rekord trasy i Forda. Nie jadę pokonać reprezentanta Kenii, nie jadę po te rzeczy, o które walczy Robert Lewandowski, Iga Świątek albo Justyna Święty-Ersetic. Jadę wygrać ze swoimi barierami. Kiedyś mogłem walczyć o życiówki, teraz mam wprawdzie życiówkę w M-50, ale to jest medal pocieszenia, brązowy, może srebrny. Złoty, swój złoty medal przegrałem.

Kamil, Tomek i ja

Z ziemi podnosi mnie Tomek. Czeka w strefie mety uchachany, szczęśliwy. Zrobił życiówkę, 2:49:01. Eksperyment treningowy z dużymi objętościami w zimie się opłacił, chociaż jeszcze na połówce w Warszawie wyglądało to średnio.

Czekamy razem na Kamila, z którym się do Łodzi wybrałem i przegadaliśmy znów cały wieczór, tak jak 14 lat temu – kiedy poznaliśmy się de facto w hotelu w Poznaniu, w wigilię maratonu. Kamil dobiega, jakby mu wypleniona szczepionkami choroba wykręcała lewą nogę. Skurcz go zatrzymał na zbiegu 150 metrów przed metą. Też nie zrealizuje swojego celu, nie łamie 3:10, ale jest zadowolony.

Żeby zrobić sobie to zdjęcie musimy wdrapać się na 90-centymetrowej wysokości podest. Tylko jak? Tomek jakoś wskakuje, ja się kładę na górze, a potem próbuję wstać, a Kamil stawia jedną nogę na górze i myśli jak się wspiąć. Patrzymy po sobie i wybuchamy śmiechem. To też jest ważne w bieganiu, chociaż nie da się tego sparametryzować liczbami.

A jeśli komuś mało liczb to TUTAJ jest link do mojego Maratonu w Łodzi na Garmin Connect.

Komentarze

2 thoughts on “Dobrą walkę stoczyłem”

  1. wojtek_ksstaszewscy

    @Melchior, dzięki : ) Jasne, Maraton Warszawski to dla mnie must be. A jeśli będzie za ciepło, to chyba poszukam biletu w tanich liniach i na koniec sezonu zrobię poprawkę gdzieś w Niemczech. Chcę to złamać tej jesieni

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *