To paradoks. Na czterdziestym kilometrze Dziki traci poczucie realizmu, krzyczy że mogę pobiec 2 kilometry po 3:45. Ja o dziwo jestem realistą, wiem, że to niemożliwe, bo kiedy zrywam się do boju jak wszystkie hufce Macierewicza, to udaje się ledwo osiągać 4:18-4:20. Ale ulegam epickiemu nastrojowi, łapię całą butelkę z wodą od dziewczyn na punkcie, nie piję ani łyka, tylko całość wylewam sobie na głowę. Leci dobre pięć sekund, robię sobie szok jak splash.
Mógłbym zacząć tę historię od zdania „Maraton skończył się dla mnie we wtorek”. To byłaby prawda, ale niepełna. Bo we wtorek zaczęła się jakaś historia, która się nie kończy. Rano czułem się podziębiony, nafaszerowałem się, podjąłem decyzję o rezygnacji z wieczornych interwałów z Podopiecznymi (że jadę na Trening Wspólny tylko jako trener w dresie), położyłem z laptopem na kanapie. W południe wyszedłem na spotkanie do tekstu w Newsweeku, a wróciłem już normalnie chory. Łóżko, przykurcze mięśniowe, telepanie pod kołdrą, temperatura, która włączała się do 38,5, a potem zjeżdżała nieoczekiwanie do 36,6 i znów w górę, tak kilka razy. Na trening Moja Sportowa Żona pojechała sama zapisując wcześniej w głowie, kto w jakim tempie ma robić interwały. I poszło jak w zegarku.
A ja zdychałem, rzygałem, znów zdychałem. Córka gimnazjalistka robiła mi herbatę i znów zdychałem. Czułem się najgorzej w życiu. I czułem się tak strasznie… nie wiem, nie znajduję słowa – zawiedziony, rozczarowany, przybity itp. Że pół roku przygotowań, kilometraże regularnie po 70 km, wcześniej u mnie rzadkie i to w przyzwoitym tempie easy zazwyczaj 5:15, bieganie do pracy, z pracy, wszystko poukładane i sypie się jak domek z pierników.
Z pierników, bo myślałem już o starcie w Toruniu. Albo Poznaniu. Ale w środę zacząłem zdrowieć, w czwartek było już lepiej, dałem radę pobiegać 45 minut i nie musiałem wprawdzie odpocząć, ale w piątek dałem radę zrobić godzinę easy z kilometrem w 4:05, wszystko znów na normalnych tętnach. Jak psu nie chciało mi się do tego Poznania ani Torunia jechać – i zdecydowałem: biegnę. Biegnę Warszawę.
Stajemy na linii startu z Pictem. Obaj mierzymy w 2:55:00, dla Picta to 15 sekund lepiej od życiówki. Dla mnie to cel na powrót do biegania na moim poziomie. Bo od paru lat mam poczucie, że jestem poniżej swojego poziomu. Że ciągle sobie nie dorastam. Że z moich 173 cm wzrostu wypełniam tylko jakieś 167, a reszta zostaje pusta.
Jedziemy równo gdzieś do 15 kilometra. Może mam tętno zbyt wysokie, ale nie dopuszczam tego do siebie. Powinno być 169, a nie 171, wiem, wiem, wiem. Więc jednak przestaję napierać, a Pict odjeżdża pociągiem do 2:55. Ja zadowalam się perspektywą 2:57. Czyli poprawa o kolejną minutę-dwie wobec wiosny. Jak na chorobę, to byłoby do przyjęcia.
Na półmetku jestem w 1:27:30. Czyli tempo równo na 2:55. Nie stracić więcej niż 2 minuty i będzie świetnie (jak na chorobę). Zabieram się nawet na 2 kilometry z dwojgiem biegaczy z Radomia, dziewczyna będzie potem drugą Polką na mecie. Ale są za szybcy, odpuszczam. To moje dwa ostatnie kilometry poniżej 4:10. Wszystko widać na Garminie.
Biegnę ten maraton bardzo sam. Z liczbami, z zawiedzionymi nadziejami. Nawet bez duchów. Bez patosów – a mógłbym, bo jak wyjdzie dopiero w rozmowie z Dzikim za metą, to mój jubileusz (straszne słowo, nie?) 20-lecia biegania. Równo 20 lat temu przebiegłem tu w Warszawie pierwszy maraton, a były to moje pierwsze zawody.
Przez umieszczoną na 30. kilometrze ścianę przebiegam z 3-minutowym zapasem. Wystarczy nie zwolnić za bardzo poniżej mitycznego tempa 4:15 (to daje równe 3:00:00), żeby nie roztrwonić. Ale gdzieś tam na podbiegu na Most Gdański mówię sobie: kończy się obrona wyniku, zaczyna się obrona Częstochowy.
Za mostem czeka Dziki na rowerze. Jestem twoją klęską i przekleństwem – powie mi potem, kiedy będziemy się żegnali i będę przytrzymywał mu rękę na pożegnanie na granicy wdzięczności, banału i sentymentalizmu. Rzeczywiście – na pierwszym kilometrze z Dzikim dopada mnie mega kolka.
Nie wiem nawet dlaczego, żele wciągałem na 19, 24, 29 kilometrze – a ten najwolniejszy na trasie, w 4:59m to 33. Kolka, przez którą nie można nabrać powietrza, która odbiera człowiekowi godność w biegu. Zwalczam ją znów niestandardowo, zjadam żel, przechodzi, przyspieszam, ale chociaż muszę biec poniżej 4:20, żeby obronić trójkę, to jest już raczej powyżej 4:30.
Wbiegamy na Żoli. Nasza dzielnia. Wtedy Bielan jeszcze nie było, były żoliborskim osiedlem. Dopiero potem się to rozdzieliło na inteligencki Żoliborz i nasze Bielany. Dziki motywuje, że na swoim terenie muszę przyspieszyć. Opowiada o swojej córce-biegaczce, bo najstarsza córka Dzikiego już jest biegaczką, a nawet medalistką.
Mały Yoda też zresztą został w sobotę medalistą. 113 miejsce na 205 startujących w Biegu Bąbla, czas 0:59 na 100 m. Tempo 10:00 min./km. Chodził z tym medalem całą sobotę, a teraz opowiada o Biegu Bąbla w przedszkolu. Kapitalna impreza była nawiasem mówiąc.
Na 39. i 40. kilometrze podejmuję ostatni wysiłek. Wystarczy ruszyć po 4:10. Udaje się 4:18 i 4:21. Nie ma armat, a przynajmniej nie ma prochu. Glikogenu. Nie ma może czegoś, co straciłem przez chorobę, nie jestem lekarzem, nie wiem (może nam tu Radek napisze – Radek wyprzedził mnie na luzie przed półmetkiem, a za metą wzruszył wspominając Janka; to już trzy lata). Nie ma może czegoś, czego nie wypracowałem ostatnim treningiem pod superkompensację, którego nie było. Nie ma i nie będzie, przynajmniej do końca biegu.
Chyba że zdarzy się cud. Łapię tę butelkę na punkcie na czterdziestym kilometrze. Sam nazywam to w głowie epickim prysznicem. Woda się leje, ja biegnę, biegnę, wreszcie patrzę na tempo, a tam jest wielkie nic. Bieganie, to nie literatura. A przynajmniej ten bieg nie jest literaturą, tylko najwyżej monodramem ze złym zakończeniem. W 3:01:34.
Za metą idę sam z myślami. Pogodziłbym się ze słabym biegiem, gdybym jednak złamał trójkę. Śmiałbym się, że to życiówka w kategorii zapalenie wszystkich dróg oddechowych. Ale ten wynik jest smutny jak listopad.
To moje pożegnanie z kategorią M-40. Miałem się pożegnać w pięknym stylu, plan był przynajmniej na życiówkę w M-45 – czyli poniżej 2:56:30. Ale raczej wyszło inaczej (Maleńczuk).
Kiedy idę jak ten kowboj po przegranym pojedynku środkiem głównej ulicy miasteczka podchodzi Tomek Z Którym Było Tu Kiedyś Na Noże. Wyciąga rękę, przybijamy piątkę. Też pobiegł po chorobie, na tyle ciężkiej, że nie mógł na trasie wciągać żelów, żołądek nie pozwalał. Też słabiej niż na wiosnę. Ten wątek, jak strzelba, jeszcze powróci.
Przy depozytach czeka Dziki. Pod drzewem znajdujemy Picta. Wyszła wiceżyciówka, 2:57:15. A potem spotykamy Kamila Od Hymnu, już jest o jeden krok (biegowy) od złamania trójki, wczoraj było 3:05. Robi się weselej. Śmiejemy się z Dzikim, że wszyscy biegacze po maratonie idą, jakby się skradali. I jeszcze z jakiejś historii, jest taka śmieszna, że postanawiam ją opisać na blogu. Ale teraz ani Dziki, ani ja za Chiny nie możemy sobie przypomnieć, co to było. Cóż, M-50 stuka do drzwi.
W M-40 byłem 41. W M-50 byłbym siódmy, ale podium przy trochę lepszym biegu byłoby w zasięgu.
Jadę z tym wszystkim metrem do domu i smutek wlecze się za mną od Dworca Gdańskiego do Kabat. Wiem, że nie czas teraz na planowanie kolejnych startów. Mailujemy, esemesujemy, facebookujemy z Podopiecznymi. Jest wielka radość – kolejny trójkołamacz w KS Staszewscy, mój Podopieczny Mariusz z Kielc. Przyszedł półtora roku temu z maratonem w 3:14, a teraz przed startem napisałem mu 2:58. Mariusz pobiegł w Berlinie 2:57:55.
Czas na własne plany przychodzi wieczorem. Nie zostawić tak tego sezonu. Nie zadowolić się season best w Biegu Niepodległości. Tylko jeszcze postawić sobie cel, do którego trzeba będzie doskoczyć.
Poprawka w maratonie w Toruniu? Wiem, że można taką poprawkę pobiec o minutę szybciej albo minutę wolniej od poprawianego startu. Jeśli to liczyć od 3:01, to kiepsko. Ale jeśli od „zdrowej” perspektywy 2:55, to czemu nie?
Ale maraton wymaga pełniejszej regeneracji, więc może nastawić się na półmaraton. Szybszy niż na wiosnę w Warszawie. To nie będzie pełny rewanż za nieudany maraton, ale może być w swojej kategorii bardziej spektakularny. Wytrzymałość przecież jest. A skoro jest, to może jednak maraton.
I kiedy odbijałem się tak od ściany do ściany, postanowiłem złapać się strzelby – niech wystrzeli. Napisałem do Tomka (z którym było na noże), co radzi. Przekonał mnie do mocnej połówki na koniec sezonu. I to jest mój cel.
Mam już nawet upatrzony bieg, rozmawiamy nad partnerstwem między tym biegiem, a KS Staszewscy. Za tydzień napiszę jaki. A za miesiąc go pobiegnę najlepiej jak umiem. Legia umiera, ale się nie poddaje (no chyba że gra z Borussią).
32 thoughts on “Epicki prysznic”
4:13 z wagą startową 93kg przy wzroscie ciut wyższym niz Trener. Całkowicie easy, mógłbym pobiec ze 20 minut szybciej, tylko po co, co ja Anglik jestem?
Wojtek gratuluje. Moze nie masz zadowolenia ale jeszcze nie powiedziales ostatniego slowa!:)
2 tygodnie do Poznania!!! Kto do Poznania?kto?
Dziekuję, Wojtek, za nasze (pierwsze) spotkanie na rozgrzewce przed MW. Miło było poznać!
MIałam sie odmeldować po maratonie, co niniejszym robię 🙂 Wynik nieistotny, bo tempo wolne. Też mnie kilka dni przed startem wirusiosko zmogło i po 30tym km stracilam siły 🙁 Dobiegłam, ale bez radości, jaka miała mi towarzyszyć. Bywa i tak.
Zdrówka i do zobaczenia innym razem!
1. Jak trener(?) biegania może stawiać za cel czas 2:55:00? Chyba każdy biegowy „łamacz” postawiłby sobie 2:54:59…
2. Ten słaby czas i niby „popsute CV” na półmaratonie w Krynicy podczas niedawnego Festiwalu Biegowego nie był chyba jednak przypadkiem
3. Tempo na czas 2:59:59 to 4:16min/km, a nie 4:15
Tu Dziki
Byłem tam. Wszystko prawda. Plus, niestety, mantra Johna powtarzana po każdym moim fenomenalnym wystąpieniu motywującym 🙂 Mantra: „nie dam rady”. A wszystko mogło być. Dwa kilometry po 3’45 też… Łatwo się mówi… Biega się głową ale mózg (racjonalny rozsądek) trzeba czasem wyłączyć. Za to John (czyli W. Staszewski) wygrał dziś z Dzikim w ping ponga po trzech miesiącach dominacji Dzikiego. I to jak! Pięknie! Gdybyś miał taką głowę w niedzielę… 🙂
A Zuzia, Najstarsza Córka Dzikiego i Najlepsza moja Zawodniczka, zajęła trzecie miejsce open i drugie w kategorii na Biegu Wegańskim ” RunVegan” dzień przed maratonem. Zuzia chyba się wściekła, gdziekolwiek wystartuje ma życiówkę albo pudło, albo jedno i drugie. To było 10 km (potem okazało się, że „prawie” dziesięć, jakieś 9,2 km w rzeczywistości), czas Zuzy 43:49, trasa wymagająca, 1/3 kros ze schodami, ścieżkami parkowymi i skokami przez zwalone kłody. Nie ma zatem rekordu życiowego, ale byłby na pewno. Nie szkodzi, jest pudło, dwa pucharki, dwie torby z nagrodami, jest „zawodowstwo”, jest stan, z którego już się nie wychodzi: bieganie jest konieczne… „Tato, co dzisiaj? Już odpoczęłam”. Szukamy prawdziwej dychy na skonsumowanie sezonu z życiówką na tym dystansie, Warszawa i okolice. Jest Piastów, są masowe biegi, ale na Biegu Niepodległości będziemy już w trakcie przygotowań do połówki na wiosnę, forma jest teraz. Może wiecie coś o dobrej dyszce z medalami w drugi weekend października?
Pa. Dziki
Tu Dziki 2
Hej, Ultrasie. Lepiej się poczujesz raczej wspierając niż krytykując. I świat lepiej się poczuje. Naprawdę. Spróbuj.
Dziki (trener od Dobrych Emocji) 🙂 <3
Tu Dziki 3
Fajnie, że już nie jest z Tomkiem Na Noże 🙂
Tomek, gratulacje!
Dzi
Wojtka spotkałem w niedzielę na stacji Metro Kabaty. Usiedliśmy, ale gadka się nie kleiła. Wojtek skoncentrowany na maxa, jakby na godzinę przed startem analizował jeszcze w myślach trasę i tempo. Ja skoncentrowany inaczej – analiza w moim przypadku prosta, złamać w końcu 4 godziny. Milcząco patrzyliśmy na zapełniające się biegaczami metro – fajny obrazek.
Potem cześć, powodzenia i na start.
Pobiegłem najlepiej jak umiałem. Spokojne równe tempo i kontrola czasu. Na trzy kilometry przed metą na podbiegu pod wiadukt zamuła na maxa. Nie dam rady – dam radę – nie dam rady – dam radę. I nagle pojawiło się dziewczę z dwoma kubkami wody. Wziąłem i zrobiłem splasha w twarz. Otrzeźwiałem. Potem porwałem butelkę wody i… epicki prysznic w wydaniu biegacza na 4h. Ostroga w tyłek i długa do mety. Końcówka przy dźwiękach AC piorun DC. Udało się. Czas 3:59:45.
6 lat biegania, z tego 3 lata treningów z Maćkiem z Kancelarii. Już nie ma mojej grupy, ale zaprawa została. Dzięki Maciek!!! Dzięki Wojtek!!!
Gratulacje Wojtek!
Bardzo pozytywny odcinek, daje nadzieję, że to internetowe „Na Noże” jakie przetacza się przez cały praktycznie świat, w sytuacji kiedy stajemy przed żywym człowiekiem, tak się najczęściej skończy.
Mimo wyniku poniżej Twoich oczekiwań bardzo pozytywny tekst. Dziękuję .
Ja pobiegłam swój maraton asekuracyjnie, średnie tętno 158.
Dzień przed zatkany nos i ciężar w żołądku, spodziewałam się nadchodzącej infekcji i jeszcze ta „fatalna” prognoza pogody słońce i temp 22 stopnie.
Biegło się kiepsko, czas się dłużył, tłok na trasie i jeszcze większy przy punktach żywieniowych niemal do zatrzymywania się. Starałam się biec w komforcie oczekując na dramat.
I nagle tabliczka kibica „za 13km piwo” wtedy do mnie dotarło, ze jednak przebiegnę ten maraton.
Ostatnie 10 km wyprzedzanie i przybijanie piątek z kibicującymi dzieciakami .
Może jeszcze się postaram coś pobiec późną jesienią.
A mnie Wojtku zmobilizowales cholernie za co dziekuje 🙂
Hej hej, witam, witam 🙂
Nie wdając się w szczegóły – słuchajcie, bieganie nie kończy się na wrześniu. Zrobiliśmy formę na maraton i teraz trzeba, jak to napisał mi Tomek (od noży) „zdyskontować”. Czyli wykorzystać wypracowaną wytrzymałość, dorzucić trochę szybkości i śmignąć jakiś półmaraton, dziesiątkę.
Poznań – trzeba było. Gdybym wiedział, jak choroba wpłynie na moje głębokie parametry, pojechałbym do tego Poznania. A tak maraton tej jesieni mi odjechał. Muszę czekać na następny pociąg – do wiosny.
Dziki – dawno Cię nie widziałem, nie licząc ping ponga. Tu Cię dawno nie widziałem 🙂
A ja (na swoim przykładzie) śmiem twierdzić, że można pobiec szybciej maraton nawet po dwóch tygodniach. Miałem tak już dwa razy. Życiówkę mam z 4go maratonu bieganego w 5 tygodni. Więc zachęcam do startu w Toruniu.
Słuchając relacji znajomych z niedzielnych przygód z maratonem odkryłem „podpuchę”, którą szykuje nam chłodny (chłodniejszy) poranek – nie przywiązujemy wtedy wagi do picia (i odżywiania), a gdy robi się ciepło, to jest już pozamiatane… Ot takie wymądrzanie się…
Wojtek!!! Napieraj!!! …i graty Staruszku!!!
2.10 biegniemy „Silesie” (mam nadzieję, że pobiegniemy, bo to piąta przymiarka do tej trasy), a potem w planie Poznań – oba maratony bez napinki – choć dobrze by było się zmieścić w 4h
Zdrówko!
Gratulacje dla Maratończyków! Dla mnie to nadal wyższy poziom biegania. Ja jeszcze tak dużo nie biegam. Ale życiówką się pochwalę. Biegłam 5km. Startowaliśmy zaraz po Was. My króciutko, bo tak miało być. Ukończyłam w 21:57, mój mąż też z nową życiówką 16:10! Po raz pierwszy wystartował mój najmłodszy (ale już nie taki młody :-)) brat. Chyba też złapał bakcyla. Takiego dobrego, oczywiście. Jego pierwszy zarejestrowany wynik to 21:24. I ma ochotę na więcej. Jestem z niego dumna!
Biegi a maraton szczególnie, to dla mnie jedyne wydarzenia, kiedy cieszę się, że wchodzę w kolejny przedział wiekowy, bo mam większe szanse na wyższą pozycję. Zdarzyło sie raz, że byłam pierwsza I ostatnia ( bo jedyna) w swojej kategorii i załapałam się na pudło.
@Pajchu – to fakt, ale na pamiętając o tym żarłem jak przysłowiowa „świnia” i przed (śniadanie a potem 10 min przed startem żel) i na trasie (4 żele, 3 kawałki banana), piłem również na każdym punkcie dość dużo. Bez żadnych kolek, problemów żołądkowych.
U mnie po prostu mnie pozamiatało – i co ciekawe trenerze, dokładnie w tym samym momencie, o którym piszesz miałem najgorszy kryzys (na moście). Potem się pozbierałem, ale 2:54 odjechało mi niestety…
Powiem Wam, że nie chce mi się już niczego w tym roku dyskontować – może to się zmieni za kilka dni, ale póki co jedyne co chcę to nie biegać. Nie żeby ten maraton był jakiś szczególnie dramatyczny dla mnie. Porażką jakąś wielką również nie był (dopóki łamię 3h jest w porządku), ale jestem znużony treningami.
Tu Dziki
A Zuzia, Najstarsza Córka Dzikiego, dziś na treningu pobiegła 2 kilometry po 4’00 po 5 kilometrach w tempie 5’09.
Tym żyje biegowo Dziki. Dziki
spacer po berlinie czyli krótka historia biegania
(it’s time to say good bye)
nawodniony wiarą i przepełniony nadzieją ruszam, jak w każdym z moich jedenastu maratonów, „na życiówkę” (3:14:47) ale upadek jest tylko kwestią kilometrów i nadchodzi zaskakująco szybko; a więc to koniec – myślę – nie tylko maratonu ale, jakby to pompatycznie nie zabrzmiało, także koniec mojego biegania…
w ostatnich latach nie zrobiłem w całości żadnego mocnego treningu, a i z tymi łatwymi bywało różnie; nieco poprawiłem się na piątkę (19:55 nf), dyszkę (41:32) i połówkę (1:31:43), ale z maratonami było coraz gorzej, z sześciu zaplanowanych: z powodu kontuzji nie wystartowałem w pierwszym w łodzi, nie ukończyłem we frankfurcie i we florencji, a w londynie (3:23) i tokyo (3:33) z coraz większą trudnością dochodziłem do mety…
idę w berlinie – jezu dopiero połowa – wolno myślę, lekko się zataczam i lekko belkoczę do jadącego na rowerze doktora: „iss okej i ken menydż”…, wspominam jak biegłem do połówki, od 3-4 km z torsjami, na 5 i 6 z przystankiem na wymioty, na 17, po wyjściu z toalety wpadam wprost na pawła, z którym znamy od lat, z którym razem tu przyjechaliśmy, i z którym teraz ramię w ramię biegniemy do 21 km; zgrywam się z jego (4’55) tempem, które jest dziwnie kojące – ok, myślę – polecimy wspólnie na 3:30, życiówki nie będzie ale tragedii też nie, zaraz potem staję…
idę w berlinie, idę najszybszą maratońską trasą na świecie, idę pokonany przez przeciwności, którym nie potrafiłem się przeciwstawić i dolegliwości, którym nie dałem rady stawić czoła, idę przez linię mety klaszcząc w uniesione nad głową dłonie, idę i tak (i dlatego) to się właśnie kończy…
nie jestem zmęczony – jestem wyczerpany, to mój drugi czterogodzinny maraton: pierwszy był pierwszy (5 lat temu we Wrocławiu), zatoczyłem więc koło, (którego nie chciałem) – ale nie po koła, medale, widoki, sens, góry, medytację, zdrowie, wagę czy towarzystwo biegałem (choć nie stroniłem) – tylko po mocny, szybki, twardy, asfaltowy maraton, ale już nie potrafię, inaczej też nie…
dziękuje wszystkim za emocje, za dyskusje, za spotkania w realu…,
biegajcie – nie obijajcie się, będę śledził, będę czytał, pisał nie będę, no chyba, że o życiu ale co to za życie bez biegania – nie do opisania:)
dzięki dziki – żałuję, że nie będę biegł 40 i x:( (czy to już 5 i 0?), gratulacje dla zuzi, naprawdę piękny biegowy rozwój:)
Wojtku – dzięki za bloga, dzięki za motywację, dzięki za świetne teksty
(może jednak trener do wiosny – co ci szkodzi?)
marsz
Marsz!
Nie wierzę w to pożegnanie. Ktoś to jest na tyle silny, że, walcząc nieustannie z różnymi dolegliwościami i przeciwnościami aż 6! razy podchodzi do maratonu, z zaciętością pitbulla, mimo kontuzji, zejść z trasy, wyników, które uznaje za słabe (3:23, 3:33 to nie są słabe wyniki, ale rozumiem, że poniżej oczekiwań) – wydaje się wyjątkowo silną osobą.
Czytam Twojego posta, który chyba miał być pesymistyczny i widzę zajebistą opowieść o sile, uporze i walce z przeważającymi siłami wroga. Ku*wa – sam SPORT!
Marsz, to co napisałeś trafia do serca.
Tylko że bieganie to nie całe życie. Wyluzuj, nic na siłę. Jeszcze nie umierasz, jeszcze będzie fajnie.
Trzeba nauczyć się odpuszczać, to czasami jest najtrudniejsze i przynosi niespodziewane nagrody.
Jaki ja byłem wściekły na tę złamaną nogę! Miał być taki piękny wyjazd! We wrześniu taka piękna pogoda – tyle bym pobiegał, pojeździł na rowerze, pospacerował…
A teraz siedzę piąty tydzień w domu, noga słabo się zrasta, cholera wie kiedy założę buty do biegania…
Coś nas łączy – też miałem dwa czterogodzinne maratony 😉 Tylko miałem też jeden pięciogodzinny… 😉
Trzymaj się chłopie!
Jadę na listopadowy weekend (ten ze Świętem Niepodległości) do Wrocławia. Da się tam zjeść jakieś pierogi???
😉
Marsz – rozmawialiśmy już o tym, a teraz takie podsumowanie – spróbuj biegać, nie trenować. Bieganie jest właśnie jak tai chi…
Wczoraj w ramach biegania – kilometr w 32 minuty 🙂
Poza tym: + 2300 m na 28 km. Od takiego biegania trochę bolą ręce (i trochę czwórki, a najbardziej przywodziciele)
@Norbert to musieliśmy wpadać razem. Moje 3:59:24 to życiówka. Każdy amator marzy żeby złamać 4h. A jak już złamie to marzy o 3:55 ? dzięki dla Jarka za przygotowanie, Wojtka za uwagi techniczne i Kingi za wskazówki terapeutyczne.
Gratulacje ? dla Edyty. Nie każdy może zrobić maraton…
Tu Dziki
Zuzia jutro idzie na ParkRun na Żoliborz żeby go wygrać. To start na przestartowanie i ustawienie wytrzymałości specjalnej do najważniejszych zawodów w tym sezonie, do biegu na 10 km za tydzień. Dziś Zuzia 11 km BNP w formie zabawy: 6 km 5’50 a potem bieg na złapanie średniego tempa 5’30. Zuzia po szóstym kilometrze odrabiała tempo powoli i stopniowo, aż się zezłościła i pobiegła bardzo szybko ostatni kilometr żeby już mieć to z głowy. O to chodziło 🙂 Dziki lubił zawsze takie biegi na dochodzenie.
Marsz, Marek. Dziki chce Cię widzieć w Puszczy na Biegu Fifty-Fifty w kwietniu 2017! Do tego czasu wszystko się zmieni. Nie przestawaj biegać. Przestań trenować. Odpocznij od stresu startowego i treningowego. Biegaj bez zegarka. Biegaj sobie. Ani jednej myśli o tym na ile jesteś na dychę, połówkę, maraton. Ani jednej oceny i krytyki dla Marsza od Marsza 🙂 Bądź dla siebie bardzo dobry! 🙂 Zasługujesz.
Dziki
Andrzej Radzikowski wygrał dziś Spathatlon w czasie 23.01
Wielki Mistrz!
To chyba największy sukces sportowy w polskim ultra.
Tu Dziki
Tomik – dzięki za wiadomość. To wielkie zwycięstwo. Taki bieg! Taki wynik! Ukłon dla Andrzeja Radzikowskiego.
A Dziki dziś towarzyszył Zuzannie, Najstarszej Córce, w biegu po zwycięstwo i po rekord życiowy na 5 km w żoliborskim ParkRunie. Od dzisiaj „cyfra” Zuzi na 5 kilometrów wynosi 22:45. Bójcie się Koledzy… 🙂
Dziki
Tu Dziki. Cześć Corburt. Jesteś fantastyczny!!! Na pewno też czekasz na nowy odcinek. I dlatego spamujesz lub jak to zwał 🙂 Dziki
Corbut, mam nadzieję, że nie roznosisz wirusa.
Marsz – NIE ZGADZAM SIĘ. Nie zgadzam się na żadne żegnanie z bieganiem itp. Wszystko jest do zrobienia, tylko trzeba się przebudować. Może zacząć z Dzikim, może na crossfitcie, może jeszcze inaczej. Ale inaczej.
Zaraz piszę. Półmaraton biegnę w…
Tomik – to była Natalka w TVN24, że chce wychować dzieci na buntowników, tak? Świetnie, z pasją. Jak będę pisał taki temat w Newsweeku, dzwonię do niej 🙂
Wojtek tak to moja żona! 🙂
Byliśmy dzisiaj protestować całą rodziną.
To biegniemy półmaraton w tym samym miejscu, Wojtku. 🙂
Pingback: najbolje od domace glazbe