Finiszujemy na ostatnim kilometrze DDD, doganiam Maćka, który walczy o złamanie pięćdziesiątki, staram się go zmotywować. Dogoń tę grupkę, licz kroki – rzucam. Ale pewnie na tyle niewyraźnie, że nie zrozumiał ani słowa, a nawet gdyby zrozumiał, to i tak by nie zrozumiał o co chodzi. Postanowiłem to wyjaśnić na blogu. A przy okazji drugie przykazanie liczbowe, które powtarzamy czasem Podopiecznym i Sympatykom – i nie widzimy błysku zrozumienia.
Jak liczyć kroki w bieganiu
Biegniesz, jest druga połowa dystansu, stawka się przerzedziła. Może nawet jesteś sam lub sama. Mnie wtedy bardzo trudno się motywować. Tracę wtedy dobre 10-15 sekund na kilometrze.
Rób tak: namierzasz biegacza/biegaczkę przed Tobą. Takiego, którego raczej doganiasz. Patrzysz, kiedy znajdzie się w charakterystycznym punkcie: koło ławki, przy wielkim drzewie, na zakręcie albo w wąskim skrawku słońca świecącego przez szparę między blokami itp. I liczysz swoje kroki do tego miejsca.
Żeby się nie zaplątać licz kroki jednej nogi. Ja zawsze liczę lewą, nigdy prawą, nie wiem, czy to coś psychologicznie znaczy.
Dobiegasz do tego miejsca i kroków jest 36. Patrzysz na „swojego” biegacza, biegaczkę, kiedy znów znajdzie się w charakterystycznym miejscu i znów liczysz. Wyszło 28? Świetnie, doganiasz. Powtórz procedurę kilka razy i go albo ją wyprzedzisz. Jest 39? Bierz się, ciśnij, napieraj.
Taka sztuczna motywacja, bieg „ramię w ramię” tylko przesunięty o ileś kroków potrafi zmotywować do ścigania.
Korekty na kilometrze
Ileż to razy słyszeliśmy „na 10 kilometrów miałem/miałam, złamałem/złamałam, ale na trasie wyszło o 140 metrów więcej i się nie udało złamać”. Odpowiadamy krótko: „Rób korekty na kilometrach”. A teraz wyjaśnię, o co chodzi.
Trasa atestowanego biegu w zasadzie nigdy nie ma równych 10 albo 21,1 albo 42,2 km. To kwestia sprzętu pomiarowego i wszystkie firmy mają tu tak samo pod górkę – co pewnie wynika z tego, że korzystają z tych samych satelitów. Może ktoś to wie, ja nie wiem – ale nie dyskutowałbym z faktami. Atestowane trasy mają długość jaką mają i zazwyczaj wg GPS-u trzeba zrobić o jakieś 50-150 m więcej na każde 10 km.
Co z tym robić, żeby na finiszu nie obudzić się w rozdwojeniu jaźni? Jeden ja biegnie na 49:30 (wg zegarka), za chwilę piknie mu równe 10 km. A drugi ja jest sto metrów z tyłu i pięćdziesiątki nie złamie.
Róbcie korekty. Przy biegu na 5 albo 10 km – nawet co kilometr. Piknął kilometr, ale słupek jest dalej, po 15 metrach kolejnego kilometra – to łapiesz lapa i dopiero wtedy widzisz jaki masz rzeczywisty czas na tym czy innym kilometrze atestowanej trasy.
Czasem flagi, słupki, tabliczki są postawione trochę na czuja. Ale na dłuższych biegach, na których są maty kontrolne, można tym matom ufać. Na połówce łapię dodatkowego lapa co 5 km. Na maratonie – co 10 kilometrów.
Ale cały czas liczę, sprawdzam, kontroluję – i Was namawiam: liczcie. Kroki, sekundy, parametryzujcie bieg. To droga do sukcesu.
Maciek złamał tę pięćdziesiątkę – o 18 sekund. I zrobił season best!