Wyobraź sobie: czyste piękno, urok wieczorów, zapierające dech widoki, urokliwa droga wzdłuż rzeki, asfalt pod cienką oponą. Słowenia. A potem wyobraź sobie jeszcze legendę, potwora jak z niemieckich bajek dla dzieci do czytania w piwnicy, górujący nad doliną Bovca masyw – Mangart.
Wspanialej być nie mogło. Bo zeszłorocznej wyprawie rowerowej wokół Salzburga myślałem, że nic wspanialszego w tej dziedzinie mnie nie czeka. Nie byłem mądry, zabrakło mi wyobraźni, żeby pomieścić Słowenię.

Bovec i dolina Sočy – jedźcie, jeśli macie możliwość. 10 godzin z kawałkiem z Warszawy. Bovec – małe miasteczko ze wszystkimi urokami wakacyjnych miasteczek. Kijowe zaopatrzenie w sklepie (i drożyzna, ceny ok. 150-200 proc. tego co w Polsce), dobra knajpa na obrzeżach (ceny tak samo, tylko owoce morza tańsze), w centrum jeden wielki ogródek kawiarniany, niezłe lokalne piwo Laško. Ale przyroda dookoła! Tak jakby wielkie, skaliste góry w nocy się zmówiły cichaczem, że podejdą tuż tuż do skrajnych zabudowań miasteczka.
Efekt: jakby w Tatrach powstał wakacyjny kurorcik w środku doliny Kościeliskiej.

Rowerowo wyszło idealnie. Pierwszego dnia zrobiliśmy małą pętelkę, trochę pod górę, trochę z noszeniem rowerów po górskiej ścieżce pooranej korzeniami, trochę po tej najpiękniejszej drodze dla szosowych opon – asfalt, w miarę płasko, wzdłuż rzeki. Drugiego – przejechaliśmy wzdłuż rzeki do sąsiedniej miejscowości tą samą asfaltową nitką. Trzeciego – wjechaliśmy pod górę, droga po kilometrze zmieniła się w szutrową i z naszymi szosówkami byliśmy jak te turystyki w klapeczkach na Giewoncie. Właśnie z tej wyprawy są te dwa zdjęcia powyżej.
Po południu poszliśmy za to na coś, czego nie przeżyłem jeszcze nigdy w życiu. I na koniec powiedziałem: nigdy więcej. A po godzinie zacząłem myśleć: kiedy znowu. No a teraz już wiem: znowu za rok.
Piszę dużo słów, bo nie mam dobrego zdjęcia, żeby to pokazać. Chodzi o kajakarstwo górskie. Na pierwszym nie wiemy, czego się można spodziewać, myślałem, że to będzie taka szybsza Krutynia, taki Poprad, Dunajec. Na drugim – zrobiłem je w trakcie 1,5-godzinnego biegania, jednego z dwóch treningów biegowych, jaki udało mi się zrealizować na miejscu – trochę widać, przez co płynęliśmy. Ale nie byłem w stanie uwierzyć, że to będzie tak wyglądało.

Pralka, wirówka, spuszczanie wody w muszli, wszystko w jednym. Miękkie kajaki wpadające na skały, logistyka przepływania każdej przeszkody, próby złapania harmonii z nurtem i wywrotki do wody, która poprzedniego dnia wydawała nam się lodowata. Ponieważ praktycznie nie umiem pływać, więc to był dla mnie spory stres mimo kamizelki.
No i to co widzicie wyżej, to moje ostatnie zdjęcie w tych okularach. Właśnie jadę po nowe, co znacząco podniosło koszt spływu.

Naprawdę przepływaliśmy przez te kipiele. Tu jest zresztą stosunkowo łatwe miejsce, jeden „rapid” – jak mówili nasi przewodnicy – na środku.
No dobra, a co z legendą? Sabina (ta słynna siostra Kingi) wyczytała w necie, że z Bovca prowadzi droga na Mangart. Ściślej to asfaltowa szosa na przełęcz pod Mangartem – góra ma 2600 m, przełęcz 2000, a Bovec leży na 400 m. Zobaczyłem, że jest zdefiniowany taki segment na Stravie, 26 km podjazdu, i się zapaliłem do pomysłu. No i pojechaliśmy tam całą ekipą.

Rodzice mieli elektryki, reszta ekipy też rozsądnie wypożyczyła e-rowery na tę wyprawę. Wyjechałem więc pół godziny przed wszystkimi, żeby nie zatrzymywać wycieczki.
Nie zrobiłem niczego spektakularnego – rekordzista na Stravie wjechał w 1:17, a ja w 3 godziny. To coś takiego, jak ukończyć pierwszy półmarton w 2:30. Nie jestem kolarzem. Ale zmierzyć się z tymi emocjami – czy dam radę, czy nie będę musiał odłożyć roweru w krzaki i wbiec na górę, jak będzie za duży pion, czy wytrzymam. No niepowtarzalne.
Po Mangarcie zrobiłem drugi zaplanowany trening, interwały. Sportowa rutyna, przygotowania do maratonu, wiadomo. Fajnie było pobiegać w fajnym miejscu.
Ale w sercu po powrocie ze Słowenii mam swój Mangart. No i tę niebywałą Sočę. Zapamiętajcie te nazwy, jak będziecie w Bovcu.
