To nie jest dobre zdjęcie, ale jedyne, które pokazuje, gdzie spędziliśmy długi weekend. Reszta to pocztówki. I dobrze.
Kiedy przeżywamy coś fantastycznego, ciekawego, inspirującego chcemy nastrzelać fotek i powrzucać je na swoje sociale. Ważne by znać miarę między dzieleniem się z innymi swoimi przeżyciami, a tworzeniem sztucznej, instagramowej wersji swojego życia. Ale tak się świat zmienił, że pstrykanie i wrzucanie fotek z fajnych rzeczy jest normą.
Mam jednak wrażenie, że najfajniejsze są często te rzeczy, które nie dadzą się uchwycić na zdjęciach. Nie mam teraz w pamięci tysiąca przykładów, ale mam jeden świeży – z ostatniego weekendu.

Popłynęliśmy w 12-osobowej ekipie na Skrwę. To tak zwany bożocielny spływ, który co roku organizuje Tomek, mój przyjaciel od czasów, kiedy razem obalaliśmy komunę w klasie maturalnej. Z ekipą Tomka byłem pierwszy raz na Czarnej Hańczy, potem płynęliśmy po Warcie, gdzie zaliczyliśmy z Kingą traumatyczną wywrotkę, po Łynie. W tym roku była Skrwa.
Wiem, że rzeki w centralnej Polsce potrafią nazywać się dziwnie. Brda, Wda, Wkra – ok. Ale kiedy dowiedziałem się, że nieopodal Płocka płynie Skrwa, to najpierw pomyślałem, że to dowcip albo na poły wulgarna ksywka.
Słuchajcie, to jest rzeka jak skrzyżowanie zjeżdżalni w parku rozrywki z grą komputerową. Takiej liczby przeszkód nie pamiętam od naszego spływu z Kingą po Małej Panwi – i wszystkim opowiadam, że popłynęliśmy wtedy na wariata niespławną rzeką. Teraz przeszkody były wpisane w zabawę, oczekiwane i to z niecierpliwością. Jak czwartego dnia spływu przepłynęliśmy 5 km bez przenoszenia kajaka przez konary, tylko nieco manewrując prawo-lewo, to uważaliśmy, że umieramy z nudów. No i za chwilę zaczęło się.



Kto mało pływał kajakiem, może nie rozumieć do końca o czym piszę. W poprzek nurtu leży zwalone drzewo. Albo kilka zwalonych drzew. Dopływamy i trzeba szybko ocenić – da się to ominąć bokiem, a może przepłynąć pod spodem. A może nie i trzeba będzie wyjść z kajaka i przenieść go górą przez kłodę.
Tyle że kajak to nie dwukilowy hantelek. Trzeba stanąć w stabilnej pozycji i siłą oraz techniką przeciągnąć kajak przez przeszkodę. Przy czym wszystko dzieje się na dynamicznej rzece, adrenalina działa. Zwłaszcza jeśli do tego przeciąga się ośmiolatka w kajaku albo ośmiolatek stoi na tej samej kłodzie trzymając się gałęzi. Oczywiście kapoku i pływa już i tak lepiej ode mnie.
To wszystko mogę tylko opisać. Po pierwszej wywrotce w naszej ekipie – a kajak przeciągał przez kłodę najmocniejszy kajakowo w całym składzie Krzysiek – schowałem telefon do szczelnego worka kajakowego. I praktycznie go nie wyjmowałem na wodzie.
Raz tylko stwierdziłem, że cyknę chociaż jedną fotę, kiedy staliśmy w korku do wybitnej przeszkody pod koniec trzeciego dnia spływu. Spójrzcie – widać dziób naszego kajaka, a przede nami w korku czeka jeszcze Tomek. Przed nim kajak który już przepływa przez przeszkodę – trzeba było ominąć pierwsze ze zwalonych drzew z lewej strony. Wpływało się w cienki przesmyk z kilkoma małymi kłodami, po których wszystkie kajaki przesuwała Agnieszka, która wysiadła z pierwszego kajaka od Marcina. Potem jeszcze był jakiś skręt w lewo i droga wolna. A Agnieszka wsiadła do ostatniego kajaka, w którym wiosłował sam Radek.

Wiem, że wchodzę w zbytnie szczegóły, już kończę. Ale takimi szachami z rzeką żyłem przez cztery dni.
Jeśli chcecie zobaczyć piękna przyrody – jedźcie na Krutynię, na Czarną Hańczę, na Rospudę. Jeśli chcecie doświadczyć gry (i jesteście już chociaż trochę opływani oraz naprawdę sprawni) – ruszajcie na Skrwę.