Czasem w bieganiu zdarzają się magiczne momenty. Nie powtórzysz ich, nie opowiesz, nawet jeśli umiesz opowiadać prozą. Nawet jak próbujesz pokazać zdjęcia, to widać tam tylko piksele. Układające się w ładne obrazy, ale piksele. Jak próbujesz sobie samemu przypomnieć, co było niesamowitego w obieganiu jeziora Mokrego piątkę, to nie potrafisz tego nazwać. A było.
Środa po południu, przyjeżdżamy do Krutyni, świeci słońce, ale walczy ciągle z chmurami. Jakby samo nie wiedziało, czy dać nam nadzieję, czy nie. Czy najmniej liczny obóz KS Staszewscy, eksperymentalnie łączący bieganie z rowerem, a nawet kajakiem, pierwszy raz nie-w-górach okaże się niewypałem, czy wypałem?
Po drodze atakują nas dwa psy, długa historia, pomaga kobieta z sąsiedztwa. Knajpka, do której chcieliśmy pojechać na kolację – nieczynna. A prognoza pogody na jutro ze znakami zapytania.
No i w czwartek przyjeżdżają Obozowiczki i Obozowicze. I wszystko się zmienia. Nie ma znaków zapytania, jest trening. Mazurskie długie wybieganie, oglądamy przez ogrodzenie Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie, jak nie byliście, to jedźcie. Sarny, daniele chodzą po polach i podchodzą do turystów, można za parę złotych kupić karmę dla nich. Nawet Nadzieja (takie imię), królowa zwierzątek przyznaje, że to nie zoo i że może zwierzęta tu nie cierpią.
W piątek obiegamy jezioro, 23 kilometry i zero możliwości skrótu, bo po wodzie nie pobiegniesz. Wszyscy jesteśmy umęczeni, bo to długi dystans, bo zrobiło się gorąco, jak jeszcze w tym roku nie było. Bo niektórzy z nas nie wzięli picia. No dobra, tylko ja nie wziąłem i cierpię. Mówię wszystkim: byle do Zgonu. Potem Tomek się śmieje, że inaczej zrozumiał – bo nie wiedział, że jest taka miejscowość Zgon.
Po południu rowery. Odwiedzamy monastyr nad jez. Duś. Najlepsza kawa na Mazurach. W najlepszym towarzystwie. Rower to dla większości regeneracja, dla niektórych wyzwanie. Każdemu jego Everest.


Są jeszcze wieczory. Nie do opisania. Bo jak mam streścić mądre rozmowy z Magdą albo ciekawe z Pawłem? Nadzieja od zwierzątek – królowa standupu. Maciek – król. Skecz o 11 mandatach – niepowtarzalny. Nawet jak poprosicie Maćka na treningu, żeby to opowiedział, to już nie będzie to samo. To se ne vrati. Ten bajecznie sportowy czas zostaje tylko w nas.



To kilka zdjęć z piątku. A poniżej jeszcze jedno, wstawiam je osobno, bo jest tak techniczne, że długo będziemy nim ilustrować posty o zmienianiu pałeczki. Jutro sztafety na Treningu Wspólnym nawiasem mówiąc.

Kończymy porannym mobility plus stretching plus meadow plus singing birds. A jeden łabędź to nawet podpłynął popatrzeć.
I na sam koniec kajaki. Jeśli kiedyś jeszcze zrobimy obóz w Krutyni – zarzekaliśmy się, że nie, ale to było tak bajkowe, że kto wie – więc jeśli kiedyś zrobimy jeszcze obóz w Krutyni, to na te kajaki dobiegniemy w górę rzeki. A potem spłyniemy na miejsce.


Na koniec robimy sobie ostatnie zdjęcie. Pamiętacie ubłocone/ośnieżone buciory z marcowych obozów w Rabce, gdzie wymyśliliśmy tę fotę? To teraz wyglądaliśmy tak.
