Nie ma lepszej przyszłości dla mojej ukochanej. Nie ma lepszej przyszłości dla mojej ukochanej Rabki – niż zostać rowerową stolicą Podhala. Właśnie to odkryłem gdzieś na szosie między Rabą Wyżną i Sieniawą.
Rabka, rodzinne miasteczko Kingi, więc w pewnym sensie też moje, bo w jesteśmy rodziną z Kingą, więc i z Rabką. Przedwojenne i powojenne uzdrowisko, gdzie leczono dzieci z suchot, z muchowiscydozy, pełne sanatoriów i ze słoneczkiem w herbie oraz sloganem „Miasto Dzieci Świata”. Jeszcze kiedy zacząłem się tam pojawiać w 2005 roku miała stok narciarski i mogła udawać zimowy kurort. Stoku nie ma, kurort podupadł. Chociaż w ostatnich powstaje trochę nowych pensjonatów, coś ożywia. Tylko brakuje idei.
Białka stolica narciarstwa. Zakopane stolica obciachu. Krynica stolica biegania i wód zdrojowych. A Rabka?
No i mam, odkryłem. Rabka stolicą rowerów.
Przyjechałem do Rabki w czwartek. W piątek wybraliśmy się z Małym Yodą na Kasprowy (na nogach oczywiście, nie wyciągiem), a stamtąd jeszcze na sąsiedni Beskid, żeby pokonać granicę 2000 m npm. Pełnia szczęścia.

Ale odkrycia dokonałem dopiero w poniedziałek, tuż przed wyjazdem. Tata Kingi, czołowy rowerzysta Rabki w kategorii M-60 – jeżdżą z mamą na elektrykach po kilkadziesiąt kilometrów co weekend – wymyślił mi pętlę do objechania. Szosową, bo miałem ze sobą swoją czarno-białą strzałę (rower fitnessowy, tak się ta kategoria nazywa – dla mnie idealna). I z rosnącym zachwytem jechałem drogą taką jak na nasze podwarszawskie Gassy – dobry asfalt, bardzo mały ruch samochodowy – tyle że pofałdowaną jak wstążka gimnastyczki artystycznej. Coś wspaniałego. Czasem podjeżdżasz i tempo spada do 9 km/h, ale zaraz na zjeździe nadrabiasz jadąc trzydziestką. A za każdym wzgórkiem otwierają się nowe widoki.
Za Sieniawą taki, na Tatry:

35-kilometrowa pętla zajęła mi dwie godziny, bo ja jestem wolny na rowerze. Nie trzeba być koniecznie szybkim, żeby coś kochać.
A już przed samym wyjazdem poprosiłem tatę Kingi, żeby mnie – z Małym Yodą oczywiście – zabrał na Mącicielkę. To trasa zjazdowa na stoku Krzywonia, słyszałem o niej, widziałem ją na sobotnim bieganiu, ale pierwszy raz nią zjechałem. Oczywiście nie na karbonowej strzale, tylko na starym dobrym góralu z garażu.
No i to jest zupełnie inna przyjemność. Dla mnie lekki szok. Zjeżdżałem prawie cały czas na tylnym hamulcu. Wrażenia na wyprofilowanych zakrętach, na hopkach, na stolikach – niezwykłe. Odważyłem się na jeden skok, ale to nie było rozsądne, bo nie potrafię tak panować nad rowerem. Na szczęście trasa na tyle prosta, że przetrwałem. I trwam w tym zachwycie od 24 godzin.
Całą drogę powrotną myślałem, jak wielki potencjał rowerowy ma Rabka. Gdyby tylko wyznaczyć kilka szlaków rowerowych po tych drogach – tak jak szlak bociani na Podlasiu, jak Green Velo, jak pobliskie Dunajec Velo. Gdyby rozwijać trasy downhillowe na Krzywoniu, może na Maciejowej, z której kiedyś jeździło się na nartach, ale to se ne vrati.

Rabko! Zobacz dla siebie tę możliwość. Ja w nią mocno wierzę.