Biegnę w ulewie w lesie nad Wigrami, planuję, co napiszę na blogu w poniedziałek. Ale dopiero nazajutrz zorientuję się, że to było już wtorek. Wypadłem całkiem z czasu. Czy może być coś lepszego na wakacjach?
Po kolei. Przyjeżdżamy do Rosochatego Rogu w środę. Po drodze pierogi w Tykocinie i wyjeżdżamy ze strefy łatwego dostępu do internetu, na szczęście, bo ile można czytać komentarzy. Za wszystkie dziękuję, każdy był ważnym feedbackiem od świata, a że nadspodziewanie dużo feedbacku było pozytywnego – serdecznie się uśmiecham.

Czwartek. Jedziemy we trójkę na rowerach do Piasków, najlepsza plaża nad Wigrami, z nami dwójka innych rodziców i dwóch chłopców. Kiedy się pluskają, idę na bieganie, godzinka easy.
Piątek. Rano biegnę w las, godzina czterdzieści pięć minut easy. Śniadanie i spływ Czarną Hańczą. Po spływie trochę odbijamy w siatkówkę, ale siatka w naszym pensjonacie jest za nisko, no i nie ma za bardzo z kim zagrać.

Sobota. Znów bieganie przed śniadaniem, 1:45. Potem mamy jechać 12 km do pobliskiego Bryzgla rowerami na obiad. Gwałtowny deszcz zawraca nas po kilometrze. Ale szybko przechodzi, zastanawiamy się, co zrobić. Małemu Yodzie nie chce się już jechać na rowerach, my z Kingą mamy ochotę. Rozwiązujemy to salomonowo. Kinga dojeżdża do Bryzgla na rowerze, ja ładuję rower na bagażnik, Małego Yodę do samochodu, dojeżdżamy do Bryzgla. A stamtąd wracam rowerem tylko objeżdżając pozostałą część Wigier, robię 26 km. Po południu pływamy trochę łódką po jeziorze. Mały Yoda upiera się, że sam dotrze na drugi brzeg. I osiąga cel z pełną mocą.

Niedziela. Kinga wyczaiła super pomysł Muzeum Wigier w Starym Folwarku – grę terenową. Przebiegamy we trójkę ponad 4 km, ale odpadamy na pytania z wiedzy o parku. Jesteśmy chyba najszybsi, ale z trzema błędnymi odpowiedziami zajmujemy 28 miejsce na 28 drużyn. Brawo my, cha cha cha. Ale pomysł świetny, zaangażowałem się w rozpoznawanie ryb, płazów, gadów i tradycyjnego budownictwa Suwalszczyzny, jak nigdy. Siatkówka jest na boisku koło hotelu, gdzie jedziemy na deser. A potem w pensjonacie odkrywamy, że ta zbyt niska siatka świetnie nadaje się do badmintona.

Poniedziałek. Spływ Szeszupą. Po takiej rzece jeszcze nie płynąłem. Jakby strumykiem spływać. Największa zabawa to szukanie wyjść z malowniczych jeziorek po drodze. Dużo pająków wpada do kajaka z trzcin, więc Mały Yoda kończy z wielką traumą. Obiecałem, że będziemy wybierać szersze rzeki. Po powrocie do pensjonatu robię interwały, żeby się rozpędzić, bo easy w zeszłym tygodniu robię dramatycznie wolno, coś koło 6:20 min./km i nie idzie szybciej. Kończymy badmintonem – najpierw z Kingą (wygrywa ze mną), a potem w deblu z dziećmi, które się cieszą sportem.
Wtorek. Mamy z Kingą niedosyt rowerowy, więc przed śniadaniem ruszamy na wycieczkę do Krasnopola. Niestety tym razem prognoza się sprawdza w najgorszym wariancie. Ruszamy, zaczyna padać, a kiedy kończymy zaczyna lać. I leje tak do końca dnia. Zakładam więc sofshell zamiast kurteczki biegowej i biegnę na półmaraton w deszczu.

I tam w środku Puszczy Augustowskiej myślę sobie, żeby to właśnie opisać na blogu. Jak mogą wyglądać aktywne wakacje, bez upiększeń. Może komuś wpadnie do głowy jako inspiracja albo argument w dyskusji na temat, co to znaczy odpoczywać. My odpoczywamy tak.
I to bardziej niż myślałem. Bo nawet nie zauważyłem, że tydzień się skończył, że trzeba zrobić wpis na blogu w poniedziałek. Dla mnie czas miał na Suwalszczyźnie inną strukturę – od pierwszego dnia pobytu do ostatniego. Nie było niedziel, nie było poniedziałków, nie było dni tygodnia. Była tylko Kinga, jeziora, Mały Yoda i wielkie szczęście. Suwalszczyzna, polecam.
PS. W środę rano żegnało nas słońce. To jak się spakowaliśmy, wypłynęliśmy jeszcze na 45 minut na kajak, bo nasza pani w pensjonacie udostępnia taki sprzęt gościom za jeden uśmiech.