Widzimy Jarka po drugiej stronie kanałku, grzeje, finiszuje. Zającuje mu na końcówce Marcin, jego syn, który otwierał sztafetę, a na ostatnie 100 metrów dołączamy wszyscy całą ekipą. Kiedy wbiegamy na metę w czasie, jakiego się naprawdę nie spodziewaliśmy i w ścisłej czołówce – pierwsza dziesiątka popołudniowej tury – czuję poszóstną euforię. To znaczy: czuję swoją radość, a współodczuwam jeszcze pięć innych radości – współbiegaczy z naszej sztafety.
Historia tego startu zaczyna się dla mnie gdzieś tak 10 dni wcześniej, kiedy zamierzam zebrać się po odpoczynku pomaratońskim do mocnego treningu, ale zamiast na bieganiu w lesie ląduję na stole u fizjoterapeuty. Odcinek lędźwiowy łupie, schylić się nie mogę, ani wyprostować. Wiem, że nie będę w optymalnej dyspozycji na Ekiden. Ale jest coś takiego w starcie sztafetowym – myślisz „nie mogę zawieźć drużyny”. W poniedziałek truchtam, we wtorek biegam na Treningu Wspólnym rytmy, chociaż czuję w dwójkach, że mięśnie odzwyczaiły się od mocnego wysiłku. W czwartek regeneracyjne bieganie, a w sobotę start.

Zaczyna Marcin. Robimy sobie bazę na ławeczce przy trasie, żeby krzyczeć każdemu naszemu lub znajomemu. Marcin dobiega na piątym miejscu, zalicza 7,2 km w 28 minut z małym haczykiem. Odbieram od niego pałeczkę i biegnę swoją dziesiątkę. Bieg jak zazwyczaj – trochę za szybki start, trochę wolniejsza końcówka, ale wszystko w normie. Na drugiej piątce straciłem niecałą minutę, dobiegam w 41:11, tracę jedną pozycję – ale tylko jedną, jesteśmy na szóstym miejscu.
I nie mam z tym takich emocji, jak w Raszynie, kiedy wszystkie emocje miałem ulokowane w swoim biegu, w każdym kroku, oddechu. Oddaję pałeczkę Kamilowi i przez 20 minut myślę, jak mu idzie. Jest na czas, pojawia się po drugiej stronie kanałku, mija nas, zmęczony, wiatr się nasila, pierwszą część pętli biegnie się nieprzyjemnie, lecisz Kamil, lecisz.
Kamil oddaje pałeczkę Jankowi, pobiegł tylko minutę wolniej ode mnie. Ekiden to nie jest bieg na życiówki, pamiętam tylko jednego Podopiecznego, który zrobił rekord na Ekidenie. Mariusz tak bardzo właśnie „nie chciał zawieźć”, że przekroczył swoje granice. Ale to było parę lat temu w sztafecie KS Staszewscy. Dziś jest dziś i startuję w barwach Ratusza.

Janek ma za zadanie nie stracić za dużo minut i miejsc. Zgłodnieliśmy z Kamilem, chcemy pójść na coś z grilla, ale zanim się ogarniemy, robi się z 10-15 minut do finiszu Janka. Nie możemy go przegapić, siedzimy z Hanią, z Jarkiem, którzy czekają na swoją kolej i z Markiem, który pobiegł tak mocne otwarcie, najszybsze tempo z nas wszystkich. Jest Janek, nieźle piątka w 27 minut, rusza Hania. Stresuje się, że pewnie nie złamie 30 minut, bo wraca do formy po macierzyńskim.
Hania to osobny rozdział. Zestresowałem ją dwa tygodnie przed biegiem pisząc o celach wynikowych, jakie możemy sobie stawiać jako sztafeta Ratusza, o miejscu, w które możemy celować. Ale udało mi się Hanię przekonać do tego sportowego podejścia, do biegania z celem, z którym się można mierzyć. Złamiemy 3:30 – mamy stypendium olimpijskie, złamiemy 3:25 – jesteśmy zwycięzcami, złamiemy 3:20 – będą wywiady w prasie, radiu i telewizji. Taki żarcik.
Ale wiadomo, że każda presja – zewnętrzna czy wewnętrzna – znika, kiedy się wejdzie na trasę. Wtedy możesz tyle, ile możesz. Zjadamy z Kamilem coś tam z grilla, mini-obiad, wracamy na ławeczkę i zaraz pojawia się Hania – 28 minut, super.
Dobiega Jarek. Miał odrabiać straty, ale strat nie ma. Jego 23 minuty to hop do przodu. Jesteśmy dużo minut przed naszymi planami, wyprzedzamy nawet swoje marzenia. Bo złamanie 3:15 to byłby czas marzeń, przed biegiem wzięlibyśmy o w ciemno.
Potem jest ten wspólny finisz. Robię parę selfików w biegu z Jarkiem w roli głównej, ale zbyt szybki to bieg, zbyt radosny moment, wszystko wychodzi niewyraźne. Wbiegamy całą drużyną. Bo jesteśmy drużyną.

Z ludzi, którzy dwa tygodnie temu znali się głównie mailowo, staliśmy się zespołem. Z Hanią pogadaliśmy o życiu najwięcej, z Jankiem o Widzewie, z Jarkiem i Marcinem nie wiem o czym. Ale w ogóle nie o to chodzi – czasem nie trzeba gadać, wystarczy pobyć razem, pokrzyczeć dawaj, dawaj. I finiszować ramię w ramię.
Kończymy Ekiden w 3:10:29 (o osiem sekund szybciej niż maraton Kamila w Łodzi trzy tygodnie temu). Na 9. miejscu w naszej turze i 25 w ogóle – na 350 sklasyfikowanych drużyn. Dostajemy sześć medali, które składają się w jeden dysk.

Ten dysk jest unikalny, istniał tylko przez chwilę, tam na Kępie Potockiej, w tym jednym jedynym momencie czasoprzestrzeni.
1 thought on “Szybki jak ekipa Ratusza”
Sztafety są magiczne.Ta wspólnota.