Treningi zostały wznowione. Lekarstwa wyleczyły mnie błyskawicznie nie tylko z zapalenia zatok, ale przy okazji ze strachu przed nowotworem i zaczątków depresji. Nawet to, że Polska odpadła z Portugalią jakoś przeżyłem.
Zostaję zresztą po tych mistrzostwach z rozdwojeniem sądów. Z jednej strony: szacun dla drużyny, która jest drużyną, wytwarza synergię, potrafi grać w piłkę i nie padać na twarz (no chyba że w dogrywce ze Szwajcarią, ale to ewidentnie kwestia dwóch dni mniej na regenerację), konstruuje akcje i ogólnie wie co robi. Szacun naprawdę. Zero pretensji do Błaszczykowskiego, bo ktoś musi nie strzelić (i tylko współczuć, że padło na niego, a nie na Christiano Ronaldo na przykład), a on zagrał świetne mecze. Trochę żalu do Fabiańskiego, że z 9 karnych posłanych w światło bramki nie wyłapał żadnego, widocznie nie jest w tym mistrzem, ale też zagrał dobry turniej.
A co z drugiej strony? Trochę szkoda, że nie mieli kompletnie tego szaleństwa, bezczelności, co Walijczycy, którzy osiągnęli dużo więcej niż mogli (a zobaczymy, co dalej, chyba cała Polska im będzie kibicować z Portugalią) albo Islandczycy, którzy też przebili siebie samych. Może gdyby trener w szatni nie powiedział im: dotrwajmy z Portugalią do karnych (nie wiem, czy powiedział, ale widziałem, jak grali), tylko powiedział, że ma być 3:1 dla nas… to byłoby 3:1. Albo 5:2. Tu znów szacun dla Islandczyków – potrafili strzelić dwie bramki dużo silniejszej drużynie. Dlaczego my poprzestawaliśmy w każdym meczu na jednej?
Ale pamiętajmy – to rozterki bogatego kibica. Takiego, któremu drużyna dostarczyła tyle emocji, zadowolenia, wybuchów euforii, nadziei spełnionych i niespełnionych – że teraz może sobie rozważać, co było dobrze, a co nie do końca. To zupełnie inne kibicowanie i inna reprezentacja niż przez ostatnie ćwierć wieku. Biegali maraton w 3:30, a teraz walczą o złamanie 2:30. I jeszcze tylko nie wiedzą, że gdyby zaatakowali 2:15, to mogliby ten czas złamać.
Na pierwszym treningu po chorobie – wtorkowy kros dublowany z Podopiecznymi – miałem się oszczędzać. Ale kiedy po 100 metrach zobaczyłem, że nie zostaję, tylko wręcz przeciwnie muszę się hamować, docisnąłem. Ostatecznie drugie miejsce, pół sekundy za Przemkiem J., który rok temu nie dał mi szans, odbiegł poza granicę wzroku. Nie ma to jak tydzień regeneracji.
Do kolejnych treningów się nie paliłem, czasu nie było, zdrowia obawiałem się, że też nie ma. W piątek był bieg do redakcji – pisałem o polskim Ministerstwie Obrony Narodowej (Fabiański, Piszczek, Glik, Pazdan, Jędrzejczyk), tekst dziś w Newsweeku, wyszedł. A dziś 1,5-godzinne wybieganie po Mazurach.
Nie wziąłem na bieganie telefonu, i dobrze, bo chyba bym co chwila stawał robić foty. Las przy wsi Krutyń oszałamia tropikalnym przepychem roślinności liściastej, by bliżej jeziora Mokrego spoważnieć. Monumentalne okazy drzew iglastych dodają mu stateczności i są jak krzyk wyzywający jezioro na pojedynek z nieokiełznaną zielenią. Pagórkowata droga raz wspina się na moreny, z których rozścieła się pejzaż jak z tarasów widokowych, a wraz pikuje w dół, by niemal zrównać się z taflą jeziora i pokazywać świat z żabiej perspektywy.
W ostatnim akapicie się wygłupiałem literacko, ale teraz chcę na poważnie: największe zaskoczenie tego treningu to Bermudzki Trójkąt Piękna – między Krutyńskim Pieckiem, wsią Zgon i jeziorem Mokrym. W czarownym lasku wyskakują nieopisanej urody dwa jeziorka. Kameralne, jak kwartet smyczkowy, otoczone lasem, ozdobione na nadbrzeżu trawą i tak emanujące spokojem, że gdyby człowiek tam zaczął robić rozciąganie, to nie skończyłby przed wieczorem. Jeżdżę na Mazury dobre 20 lat, mnóstwo tu objeździłem, opływałem, obiegałem – a tak urokliwego miejsca jeszcze nie widziałem. Zabiegnijcie tu przy okazji, warto.
Rano była rekreacja na Krutyni. Mały Yoda od trzech dni powtarzał z uporem „lubię kajaki”, chociaż w zeszłym roku siedział w kajaku tylko 3 minuty i nie mógł tego pamiętać. Dziś na półtoragodzinnym spływie, który z postojami zajął nam trzy godziny okazało się, że lubi kajaki naprawdę. A było tak:
10 thoughts on “Trójkąt Mazurski”
To nie Błaszczykowski nie strzelił karnego, tylko portugalski bramkarz obronił.
Wojtek, tych jeziorek jest tam więcej niż dwa. A pływające (dosłownie) wyspy widziałeś? Zresztą urocze jeziorka są jeszcze w kilku miejscach w okolicy, na odległość średniej długości wybiegania. Ja od paru lat stacjonuje wakacyjne i weekendowo na południe od Zgonu, teraz też tu jestem i jak się obiad ułoży w brzuchu ruszam w puszczę. A wczoraj byliśmy w Krutyniu rodzinnie na rowerach 🙂
@Anja – czyli Błaszczykowski strzelił, więc gramy dalej, tak?
@Gerard – ciekawa ta wyspa, ale nie kojarzę, gdzie ona jest. Ja operuję na północ od Zgonu. A jutro wybieram się na wybieganie marzeń – dookoła jeziora Mokrego.
Dziś pojechaliśmy do tych jeziorek na rowerach – wrzucę zdjęcie na fejsa (ale to już nie dziś), to będzie można ocenić, czy nie przesadzam.
Biegniesz wzdłuż jez. Mokrego na południe w kierunku Zgonu. Mijasz Królewską Sosnę i wkrótce w lewo odbija żółty szlak. Biegniesz nim i podziwiasz widoki 🙂 Obok niego leżą trzy (a może cztery?) urokliwe jeziorka, na których znajdują się małe torfowe wysepki, niektóre nawet z drzewami. Te wyspy pływają po wodzie. Jak masz długi i gruby kij (bez skojarzeń poproszę) możesz taką wyspę popchnąć lub wprawić w ruch obrotowy.
A jak poszło wybieganie dookoła Mokrego? Jakieś ciekawe ścieżki od zachodu i północy jeziora? Bo tych terenów nie znam.
Ja dzisiaj rowerowo – ostatnie kilka kilometrów na, nomen omen, mokro…
Mój komentarz to oczywiście żart, tak na pocieszenie dla Błaszczykowskiego, żeby się tak nie gryzł tym karnym.
dzięki Anja, wyszło! już się nie gryzę
Dzięki Kuba, że się nie gniewasz na Anję. Nie ma to jak zgoda pod blogiem 😉
A zaraz – spóźniony – odcinek
Pingback: free downloadable creative resources - EXCLUSIVE
Pingback: sarajevski rock