To nie będzie rozliczenie z wiekiem, chociaż napisałem kiedyś piosenkę z refrenem „Trzydziestka przeminęła niestety/ Stare przyjaźnie, nowe kobiety….”. To będzie o tym, po co biegać 30 kilometrów tak jak ja dzisiaj.
Na zdjęciu Mały Yoda, są z Kingą nad morzem. Małemu Yodzie zazdroszczę techniki, ale zadzwoniłem zapytać, czy to tak tylko do zdjęcia, czy więcej biega – i okazało się, że we trzech (bo jest ich tam trzech ośmiolatków) ciągle biegają jak psiaki bez smyczy. Dorośli idą do podziemnego miasta na wyspie Wolin, a oni w prawo, w lewo, do tyłu, do przodu. I Mały Yoda ma dziś na liczniku 23 tys. kroków, co przekłada się pewnie na jakieś 13-15 km.
Stwierdziłem, że wykorzystam ten urlop od rodziny (a do wczoraj także od pracy) na podciągnięcie książki (no i paręnaście tysięcy znaków napisałem) oraz podciągnięcie wytrzymałości.
Bo nie zrobisz inaczej wytrzymałości niż tłukąc wolne kilometry. A bez tego nie pobiegniesz dobrze w biegu trwającym powyżej godziny.
Ile razy uległem pokusom zmiany treningu na mocniejsze, ale krótsze akcenty – tyle razy sezon był do wyrzucenia. A życiówkę w maratonie – 2:49:51 – zrobiłem po ośmiu czterogodzinnych longach bieganych przez ostatnie osiem tygodni przed startem (no, właściwie dziewięć tygodni, bo w ostatni weekend było lekkie wyluzowanie).
Od połowy czerwca próbuję cisnąć wytrzymałość, ale nie mogłem się jakoś zebrać – trzeba było w pracy pozamykać full spraw przed urlopem plus tysiąc innych wymówek. No nie kleił się ten trening. A tempo siadało coraz bardziej.
Jak nie byłem w stanie zejść na treningowych półmaratonach poniżej 6:00 min./km, to myślałem, że to przez upały. A potem upały się skończyły, a ja w Rosochatym Rogu walczyłem o tempo 6:20.
Swoim Podopiecznym czasem w takiej sytuacji robię korektę – schodzimy na dwa tygodnie z obciążeniami, wprowadzamy lekkie jak maźnięcia pędzla na płótnie akcenty. Ale do Staszewskiego to wiedziałem, że trzeba podejść inaczej. Przeczołgać go jak ślimaka przez wyżymaczkę, żeby wyszedł z drugiej strony, otrząsnął się i poleciał.
Dorosła córka wyprowadziła się za Warszawę, na skraj Puszczy Kampinoskiej. Więc w sobotę zrobiłem półmaraton z metra Młociny przez Kampinos i musiałem potężnie zawalczyć na końcu, żeby zbić tempo do 6:10 min./km.
W niedzielę była regeneracja, przejechałem się tylko rowerem 30 km do Gassów ze śniadaniem w Konstancinie w bonusie. A dziś, w pierwszym dniu po urlopie, zaplanowałem powrót z Ratusza na Ursynów przez Falenicę. To trochę tak, jakby z Warszawy do Łodzi jechać przez Radom.

Wyszła piękna trzydziestka w tempie 5:58 min./km. To nie jest imponujące tempo. Na ostatnim maratonie biegłem 4:15 min./km, a znam biegaczy, którzy longi robią w tempie o kilkanaście sekund albo powiedzmy pół minuty wolniejszym od maratońskiego. Bywa, że zgłaszają się Podopieczni, którzy robią długie wybiegania w tempie szybszym niż maraton, ale to się szybko zmienia.
Ale dla mnie to jest dobry trening. Przyspieszałem w drugiej połowie, bo na półmetku było tempo 6:02. Wytrzymałem. Dokończyłem Tokarczuk na audiobooku (to co wskazała mi Podopieczna Nadzieja) i dla wyluzowania wrzuciłem kolejną Chyłkę nie tracąc zbyt wielu sekund na tę operację.
Nie bójcie się biegać wolno. Na szybkie, na mocne bieganie przyjdzie czas na zawodach.
I róbcie trzydziestki. Przed maratonem – raz w miesiącu podczas 3-4-miesięcznych przygotowań. Ostatnią 2-3 tygodnie przed startem. Przyzwyczajacie organizm do spalania tłuszczu, do długotrwałego wysiłku. Ale skorzystajcie też i przyzwyczajcie go do trawienia (daktyle, rodzynki, batony) i do picia (koniecznie!). Przyzwyczajcie głowę do tego, że będzie ciężko, że wysiłek będzie sięgał poza horyzont, że maraton to nie jest setka na bieżni, 9-10 sekund i po krzyku.
No, a jak przychodzi kryzys i trwa wiele tygodni, to pogadajcie ze sobą poważnie. Docisnąć? Czy wyluzować? A może sprawdzić hemoglobinę? Jeśli poziom spada poniżej wartości określanej w danym laboratorium jako minimum, to bingo. Suplementujemy żelazo i we wrześniu jesteśmy przygotowani do wszystkich wyzwań.
Na koniec najważniejsze: to wszystko trzeba zrobić teraz. Jutro, w tym tygodniu, na pewno jeszcze w tym miesiącu. Nie da się wytrzymałości budować na ostatnią chwilę. To jest też piękne w maratonie. Jeśli startujesz w nim powiedzmy 25 września o 9 rano, to tak naprawdę zaczyna się on gdzieś w okolicy 25 czerwca.