U nas w domu to gadżet, bo wszyscy jesteśmy szczupli. Ale w pewnym momencie zrobił nam się taki rytuał: spojrzeć rano na termometr ile jest stopni i na wagę, ile dzisiaj dekagramów po przecinku. I wtedy pomyślałem: czas zmienić Tanitę na Garmina. Bo tak to nikomu się nie chce wyciągać pałąka i sprawdzać poziomu tkanki tłuszczowej, a to by było w sumie najciekawsze.
Wagę Tanita kupiłem chyba zaraz po naszym pierwszym obozie KS Staszewscy w Rabce czyli jakieś 11 lat temu. Ważyliśmy na nich obozowiczki i obozowiczów na początku i na końcu długich obozów (Kinga pieczołowicie przecierała wagę przed i po każdej osobie chusteczkami z Rossmanna), musimy do tego ważenia wrócić.
Tanita to solidna firma i solidny sprzęt. Można na nią wejść i po prostu się zważyć. Ale jeśli wyciągnie się pałąk zakończony czujnikami i chwyci się go dłońmi, to waga przepuszcza prąd przez obie ręce, obie nogi i pewnie jeszcze na krzyż. I rzetelnie mierzy nie tylko masę ciała, ale też masę mięśni, masę kości, określa wiek metaboliczny, poziom tłuszczu trzewnego i najważniejsze – poziom tkanki tłuszczowej.
Na ile waga domowa może to robić dokładnie? Może. Raz przechodziliśmy z Kingą test wydolnościowy w @Sportslab i tam ważyliśmy się na podobnej wadze wielkiej jak zegar szafowy. Przyjechaliśmy do domu i sprawdziliśmy, co wyjdzie na Tanicie – w zasadzie dokładnie to samo.
Ale Tanita ma jednak pewną wadę. Wyciąganie tego pałąka jest niewygodne – robiliśmy to od wielkiego dzwonu. I archaiczne – bo wyniki trzeba było zapisywać na karteczce (była jeszcze jakaś karta pamięci, ale nie mam pojęcia w czym by ją można było odczytać).
Kupiliśmy więc wagę Garmina., bo mamy do tej firmy wieloletnie uczucie. Nazywa się Garmin Index S2 i wygląda pięknie jak ajfon, szczególnie wersja w kolorze białym. Wchodzi się na nią boso (tak jak na Tanitę), ale nie trzeba brać do rąk żadnego pałąka.
Wiadomo, że przez to waga zbiera mniej danych niż w sytuacji, kiedy zbierała dane z czterech punktów. W Garminie Index S2 punkty pomiaru są tylko dwa. Ale miałem nadzieję, że technologia tak poszła do przodu przez dziesięć lat, że jednak pomiar będzie wiarygodny.
No i co?
Najpierw sparowanie wagi z telefonem. I pierwszy efekt wow! Niby o tym wiedziałem wcześniej, ale rezultat i tak mnie oczarował. Wynik pomiaru od razu ląduje w aplikacji Garmin Connect czyli w telefonie. Drugi efet wow przyszedł po tygodniu: zestawienie kolejnych pomiarów układa się w czytelne krzywe, można sobie sprawdzać zmiany w masy ciała, procentu nawodnienia,



Ale jak ochłonąłem i zacząłem analizować wyniki, nabrałem wątpliwości: czy ja przytyłem? Pamiętam z Tanity dużo niższą procentową zawartość tkanki tłuszczowej. Kiedyś po obozie Tanita pokazała mi chyba 7 proc., tyle to mają kolarze. A tu zrobiło się kilkanaście.
Zrobiłem w tym tygodniu test. Waga 63 kg na obu urządzeniach. Nawodnienie – Garmin 64 proc., Tanita 68 proc. Tkanka tłuszczowa – Garmin 12,1 proc., Tanita 7,2 proc.
U Kingi wyszło podobnie – Garmin pokazał 4 punkty więcej w tkance tłuszczowej i w nawodnieniu niż Tanita. Przy czym porównanie naszych rezultatów dało jeszcze jedną obserwację. Nawodnienie u mnie wychodzi znacznie wyższe niż u Kingi. Normy nawodnienia dla kobiet są rzeczywiście wyższe niż dla mężczyzn. Kobiety: 45-60 proc., mężczyźni 50-65 proc.. Ale u mnie nawodnienie wychodzi o 10 punktów wyższe niż u Kingi – chociaż to ja mało piję, jestem permanentnie odwodniony i sikam na pomarańczowo, a Kinga wręcz przeciwnie. Ale ta sama dysproporcja wychodzi na obu wagach.
No ale co z tą kluczową tkanką tłuszczową? Kinga jest w przedziale norma. Ja fitness (14-17 proc.) czyli ładniejsza nazwa dla chudzielca. Kolejna kategoria to sportowiec (7-13 proc.). Właściwie, jak dokładniej popatrzeć na wykres, to jestem w górnej granicy tej kategorii, a wyższą (fitnessową) tkankę tłuszczową (środkowy wykres) waga odnotowała mi w okolicy Maratonu Warszawskiego. Czy zgromadziłem wtedy zapas na zawody? Może?
Ale dlaczego teraz, w pierwszym tygodniu października, ciężar ciała poszedł do góry, a poziom tkanki tłuszczowej spadł? Błąd pomiaru, czy jakieś przeobrażenie mięśniowe? Może ktoś umie mi to wytłumaczyć?
Jeszcze jedna ciekawostka. Masa mięśni – na Tanicie mam 55 kg, na Garminie 27 kilo. Ale doczytałem, że Garmin pokazuje mięśnie szkieletowe (czyli to, potocznie rozumiemy jako mięśnie – biceps, tricps, czworogłowy itp.). Pewnie Tanita dolicza też mięśnie gładkie, czyli wszystkie narządy wewnętrzne.
W instrukcji do wagi Garmina jest takie zastrzeżenie, że waga idealnie pokazuje trendy. Jak coś spada, to spada, jak rośnie, to rośnie. A związek wskazań z rzeczywistością? Myślę, że jest dość wysoki, a biorąc pod uwagę łatwość pomiaru i wygodę archiwizowania, można uznać, że to absolutnie satysfakcjonująca wartość. Krótko: waga Garmina jest super!
Acha, przy okazji – nie powielajcie tego mitu, że ktoś ma „grube kości” i dlatego więcej waży. Masa kości w organizmie to dwa kilo z kawałkiem. Jak są „grube” to może ważą 30 albo 40 deko więcej.
No i na koniec – byłbym zapomniał. W Tanicie mieliśmy zapisane konta. Pod numerkiem 1 była Kinga, pod numerkiem 2 ja, pod 3 i 4 dzieci. Na Garminie po ustawieniu użytkowników w aplikacji waga sama rozpoznaje, kto wszedł na wagę. Robi to naprawdę precyzyjnie, bo Kinga i córka-studentka są do siebie tak podobne, że z daleka sam je czasem mylę. A Garmin rozpoznaje bez błędu, a gdyby się jednak pomylił, to jest kilka sekund na wyprowadzenie go z błędu.
1 thought on “Waga dla biegacza. Garmin kontra Tanita”
Ja korzystam z tego gadżetu raz w tygodniu, żeby sprawdzić czy waga idzie w dół. Bez takiej kontroli trudno by mi było zrzucać zbędne kg. Ani bym się obejrzał i waga najprawdopodobniej skoczyłaby szybko do góry. U mnie ciężko z motywacją do treningu, diety, itp, dlatego raz w tygodniu kontroluję wagę.