Yoda z tatą na pudle

Zdobyliśmy drugie miejsce w kategorii wiekowej. Tym razem nie M-50, ale rocznik 2014. Aktywna sobota w aktywnej Warszawie.

Kiedy pisałem w tygodniu komunikat na stronę Ratusza o zawodach Iron Man zobaczyłem, że będzie też bieg dla dzieci w kategoriach wiekowych. Już myślałem, żeby się wybrać z Małym Yodą, moim młodym padawanem, ale okazało się, że zapisy już od iluś tygodni zamknięte.

Miałem jeszcze w głowie inne opcje, na które teraz wpadam przygotowując informacje prasowe. Piknik piłkarski na Legii albo mecz gwiazd i finał dziecięcego mini-mundialu. No ale Mały Yoda grał w niedzielę w meczu KS Ursynów z Deltą, a przede wszystkim okazało się znów, że Kinga umie wynaleźć atrakcję jeszcze większą.

Międzylesie, do którego przez most mamy jakieś trzy rzuty beretem, organizuje co roku wyścig pod hasłem Ojcowie na start. Chodzi o promowanie tego, żeby ojcowie zajmowali się dziećmi. Ja trochę tego hasła nie rozumiem, bo mój tata ciągle zabierał mnie w góry albo na wyprawy rowerowe, a ja robię to dziś z Małym Yodą rozszerzając trochę repertuar aktywności sportowych. Bez zachęt i promowania. Ale tym bardziej mieliśmy okazję, żeby coś fajnego zrobić.

Załadowaliśmy dwa rowery na bagażnik, a Kinga wsiadła na swój i miała jeszcze 20 kilometrów rowerowej radości. Dojechała na miejsce w roli kibicki i cyknęła nam fotę na starcie. A tę drugą na finiszu.

Mały Yoda prezentuje oddychanie uszami

Zapisaliśmy się jako team Yoda z tatą – bo nie zawsze trzeba nazywać się KS Staszewscy. Ruszyliśmy z trzeciej linii, co potem okazało się korzystne – bo pomiar czasów był netto. Yoda wyprzedzał, chociaż trasa nie sprzyjała, kamienie, korzenie, piach. Wyścig miał 6,2 km, tempo średnie 18 km/h, naprawdę nie jechałbym sam szybciej tą drogą (to znaczy na zawodach tak, ale jadąc sobie na leśnej przejażdżce pewnie byłbym wolniejszy).

W połowie trasy oderwaliśmy się od dwóch innych teamów, z którymi walczyliśmy dobre 2 km. Przed nami były już tylko dwie dziewczynki. Jedna już przed startem zwracała uwagę ubraniem pro i śmignęła naprawdę zawodowo, o 4 minuty szybciej niż my. A druga ewidentnie starsza, z innego rocznika – goniliśmy ją, jak króliczka czyli bez efektu.

Aż tu niecały kilometr przed metą łapie nas tata z synem, obaj na niebiesko. Wyprzedzają, Mały Yoda kontruje, chłopak rekontruje na ostatnich 100 metrach. Ale okazuje się, że przegrywa z nami o 3 sekundy gorszym czasem netto.

Zwycięża 8-latek z innej serii, a my stajemy na drugim stopniu podium. Mały Yoda pęka z dumy, ja też. Sport jest fajny, sport jest wychowawczy, sport jest radosny. A przynamniej bywa.

Niech Moc będzie z Tobą

Po obiedzie w Wiązownie (ta knajpka przy mecie półmaratonu, kojarzycie – dużo, smacznie i relatywnie niedrogo) wróciliśmy do domu, zamieniłem spodenki kolarskie na biegowe i poszedłem na swój trening. 10 km biegu zmiennego do SkiTeamu, żeby przybliżyć się do zakończenia historii, o której tu nie za bardzo wspominałem „Miałem do lutego fantastyczny rower, a teraz jeżdżę na pożyczonym”.

Komentarze

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *