Psa byś nie wygonił w taką pogodę. A człowiek wyjdzie, stanie na starcie i biegnie, żeby w ciemności odebrać swój medal. W sobotę wieczorem wystartowaliśmy z Kingą i sporą grupą Podopiecznych w Biegu Powstania.
Najpierw rozgrzewka z grupą Podopiecznych i Sympatyków startującą na 5 km. Dzień niby nie jest bardzo zimny, ale mokro, tak mokro, że człowiek przesiąka na wskroś. Zakładamy worki – znacie ten patent? W dużym worku na śmieci Jan Niezbędny wycinasz otwór na głowę i dwa boczne na ręce. Efekt wygląda tak:

Grupa Podopiecznych i Sympatyków po rozgrzewce na 5 km wygląda tak:

Idziemy się schronić przed deszczem, potem druga rozgrzewka – pokazana na zdjęciu otwarciowym – na koniec „słowo trenera”. Nie pędzić z góry, bo ślisko. I zacząć spokojnie, ale to wszyscy wiecie. Czasem nawet lepiej niż ja.
Zaczynam równo po 4:00. Jest już ciemno, na Miodowej mało widać, ktoś się przewraca na krawężniku. Ale jest nieźle. Drugi kilometr nawet 3:50, to z wiatrem. Trzeci 4:01, ale na czwartym znów korzystam z wiatru w plecy – 3:53. Piąty w 4:04, ale razem z kilkunastosekundową korektą do flagi 5 km daje to 19:56 na piątkę. Dobrze, wiem, że z górki, wiem, że z wiatrem, ale to jest przecież bieg na 10 km, a jestem na poziomie ostatniego pięciokilometrowego parkrunu.
O rany, jak ja lubię tę zabawę w cyferki. Rozmawialiśmy dziś rano z Kingą, że jej coraz bliżej do biegów górskich – ścigania się z wichrem, z rywalkami po lasach i bezdrożach. Że lubi pojechać na zawody jak na przygodowy weekend w piękne miejsce, bo bieg górski jest przygodą, a wyprawa do Łodzi, żeby przebiec po asfalcie 42 kilometry, nie jest. Rozumiem ją, ale mam zupełnie inaczej. Kocham patrzeć na zegarek, kocham wchodzić do własnego wnętrza i zastanawiać się, co to za kryzys na 6. kilometrze, że robię go w 4:05 i co to za odrodzenie na siódmym, na którym znów lecę w 3:59.
Jest już zupełnie ciemno. Podopiecznego Tomka straciłem dawno z oczu, Podopieczny Robert i sympatycy Kamil oraz Kuba są niedaleko za mną, ale o tym nie wiem. Jestem tylko ja, ciemność i sylwetki kilku biegaczy, którzy właśnie mnie wyprzedzili albo których ja mogę wyprzedzić. Wiem już, że nie złamię 40 minut, godzę się z tym, żeby mi sekundy uciekały – ósmy kilometr w 4:04, dziewiąty w 4:05. Na dziewiątym zresztą wydaje mi się, że przyspieszyłem, bo wyprzedzam, wyprzedzam sporo osób. To jest takie mega. Jeśli nie biegniesz na życiówkę, to poradzę ci: zawsze biegaj tak, żeby na koniec wyprzedzać, a nie żeby ciebie wyprzedzali.
Dziesiąty kilometr ten z podbiegiem zaledwie w 4:11, ale wyprzedzam, wyprzedzam. Garmin dolicza mi jeszcze 130 metrów korekty w tempie 3:43. Finiszowałem, nawet Maciek (odkrycie roku na 5 km, na zdjęciu powyżej stoi za mną) podesłał mi skądś fotę, ale mam taką wykrzywioną gębę, że oszczędzę Wam widoku.
Kończę w 40:37. Jak na ten moment cyklu treningowego może być. W Raszynie na wiosnę było 39:15, ale w lepszych warunkach i w butach siedmiomilowych, więc teraz nie jest źle. Rzucam te cyfry jak kości i zobaczymy, co z nich wyjdzie na Półmaratonie Praskim. A co na Maratonie Warszawskim, bo tylko maraton się liczy, maraton to jedyny bieg, a cała reszta to gry trawestując Hemingwaya.

Na mecie nie wyglądamy tak jak na tym zdjęciu, jesteśmy jak zmokła kura ze zmokłym kogutem. Gadamy z Podopiecznymi. Tobiasz, złamał 50 minut, a miesiąc temu wypełzał z choroby, ale sukces. Robert dobiegł dwie minuty za mną, a na interwałach na Agrykoli biegaliśmy równo, muszę o tym pomedytować. Tomek rozbił bank, nastawialiśmy się, że złamie 40 minut, ale po 38:22 obu nam szczena opadła. I tak dalej, mnóstwo matematyki w esemesach w metrze, kiedy wracaliśmy w tę magiczną, wilgotną noc do domu.
Kocham te cyferki.