Zadzwonił do mnie jak druga żona, że się martwi, czy na pewno powinienem jutro pobiec. Moja Sportowa Żona siedziała obok, wracaliśmy właśnie ze spotkania reporterów u Małgorzaty Szejnert pod Kazimierzem, i potakiwała, żebym nie jechał do Radomia. Wzięty w dwa ognie nie poddawałem się. I wtedy Dziki zapytał: po co biegnę?
Odpowiadałem sobie na to pytanie już na trasie. Bo wcześniej wiedziałem: napisałem na blogu, że biegnę, rozpisałem konkurs, umówiłem się z Podopieczną Alicją, że ją zabieram z parkingu pod Go Sportem i jedziemy razem. Czyli, że ważne jest dla mnie, żeby dotrzymywać postanowień i nie cofać się z byle powodu.
Tyle że fakt, że powód był. Do połowy tygodnia byłem w idealnej formie. Wtorek – interwały z podopiecznymi KS Staszewscy w rewelacyjnych tempach i to po dobiegnięciu na miejsce w easy tempie 5:00 z easy tętnem 140. A w piątek dramat. Bieg do Newsweeka w wymęczonym tempie 5:30 z tętnem, które na koniec doszło do 160. Nie wiedziałem tylko czy to przez upał, czy przez chorobę.
Wieczorem okazało się, że dopadło mnie stado wirusów. Wróciłem z pracy z telepaniem, zwinąłem się na kanapie, przykurczyło mi się wszystko i zaczęło mną trząchać. Po godzinie zaczęła rosnąć gorączka, doszła do 38,5. Na jakieś 38,5 godziny przed startem w półmaratonie w Radomiu.
Mój organizm postanowił chyba wypalić wirusy żywym ogniem. Po godzinie zacząłem się czuć nieźle, a szedłem spać po ostatnim meczu piłkarskim już w fazie rekonwalescencji.
W sobotę decyzja jednak jadę. Tylko po co, poza tym poczuciem obowiązku i podtrzymaniem swojego wizerunku „tego, który się nie cofa” przed całym światem i przed sobą samym?
Przed startem przybijamy piątkę – po raz pierwszy w realu – z Mariuszem, Podopiecznym z Kielc, który na jesieni złamie trójkę w maratonie, wiosną był o włos. Mariusz ma nieadekwatną życiówkę w półmaratonie – 1:24, przy jego ponadprzeciętnej wytrzymałości powinno być lepiej. No ale sorry, przy 24 stopniach w cieniu, którego to cienia zresztą nie ma, bo słońce grzeje jak lampa kwarcowa, nie ma szans jej poprawić.
Ja przygotowywałem się na chłodną czerwcową niedzielę (tak jak widzę poniedziałek za oknem) i z zamiarem zejścia poniżej 1:22. Ale upał i moja niedawna temperatura – chociaż mówię MSŻ, że czuję się świetnie, to czuję w zatokach chorobę – każą się zracjonalizować. Ustalamy z Mariuszem, że myślimy o 1:27.
Ruszamy razem, pierwsze dwa kilometry na 1:24, trzeba mieć z czego tracić. Ale pamiętam, że trzeba mieć potem też czym walczyć. Dobiega do nas jeszcze były Podopieczny Jarek, przedstawiam ich sobie i wysyłam na przód. Dla mnie za szybko, zostaję z tyłu. Motywują na granicy przymuszania, ale wzięty znów w dwa ognie daję jednak odpór.
Wyprzedza mnie parę osób, koło ósmego kilometra odnajduję swoje miejsce w szeregu, biegnę z nastolatkiem ze Śląska, chwilę gadamy, na 10 kilometrze zjadamy po żelu i ja dostaję turbodoładowania. Gonię faceta przede mną, wyprzedzam, potem jeszcze kilku, a później przede mną pustka, zostaje tylko tupot stóp na asfalcie. Samotność, którą przewidział Rob. Od półmetka wyprzedzam 11 osób, mnie nie wyprzedza nikt. Do negative split brakuje mi niecałej minuty, więc jestem zadowolony. Cieszę się niezłą prędkością. Czasem mniej – 1:28 to nie powód do szczęścia. Ale jednak cieszę się dobrym biegiem w upale i w chorobie. Niosę w sobie – do dziś – wspomnienie rozgrzanego asfaltu, ścian domów odbijających żar, pustawego Radomia i rozkoszy podczas przebiegania przez kurtyny wodne. Nigdy jeszcze zimny prysznic nie był taki przyjemny.
Radom, ulubione miasto Ziemowita Szczerka, stolica polskiej beki, kwintesencja polskości ma teraz dla mnie gorący żar czerwca 2016. Zostaje to we mnie. Pobiegłem po to, żeby sobie ten moment, tę pogodę, tę chorobę, ten bieg, te ulice zapisać gdzieś między sercem a mózgiem.
Na mecie znów przybijanie piątek, tym razem gratulacyjnych. Gratuluję Mariuszowi fantastycznego biegu na wiceżyciówkę – 1:25. Mariusz właśnie łapie ją na zegarku wbiegając na metę (baner z napisem „start).
Fot. HO Box (Facebook)
Gratuluję Jarkowi, że się nie dał dogonić – miałem do niego 25 sekund na dziesiątce, zbliżyłem się na 16 na piętnastce, ale potem on dostał turbodoładowania i skończył z przewagą 41 sekund, w 1:27. Tak, Radom będę wspominał jeszcze jako polską wersję „Znikającego punktu”, sylwetki Jarka w zielonej koszulce z białą czapeczką.
A potem biorę ajfona i wychodzę naprzeciw Alicji. Dobiega, jakby przez ostatnie blisko dwie godziny bawiła się w berka w saunie. Kończy wiosnę w biegu wolniejszym niż by chciała i trudniejszym niż mogła sobie wymarzyć.
Fot. Staszewski
W samochodzie gadamy z Alicją o dzieciach, ale kiedy potem zostaję sam z myślami, to czuję, że wywożę też z Radomia zimny prysznic na koniec rundy wiosennej. Od grudnia trenuję serio. Przyniosło to półmaraton zauważalnie lepszy niż przed rokiem, ale te kilkadziesiąt sekund wiosny jednak nie czyni. Przyniosło to lepszy maraton, ale też minuta poprawy to nie jest powód do hurraoptymizmu. Przemyślenie wszystkiego, podkręcenie tempa lazy do easy dało poprawę parametrów treningowych – zarówno na długich wybieganiach, jak i na interwałach. Ale nie miałem już dobrej okazji na potwierdzenie tej poprawy. Słońce i choroba przekreśliły ostatnią możliwość.
Kiedyś, gdy biegałem dwa maratony w roku (jeden na wiosnę, drugi zimą), miałem pechową serię – chyba przez 2,5 roku zawsze bieg był w mniej lub bardziej gorący dzień. I przez dwa i pół roku biegałem poniżej swoich możliwości.
Teraz nie mam już tyle czasu. I to też jest zimny prysznic.
Fot. Alicja, dzięki 🙂
32 thoughts on “Zimny prysznic”
A konkurs wygrał Dziki, który obstawił najsłabszy czas ze wszystkich, a ja pobiegłem jeszcze słabiej.
Sorry, chorobyśmy nie przewidzieli.
Zresztą po niezłym poniedziałku, wróciła dziś do mnie :-/
… czy to nie dziwne , że Pan Dziki znał wynik…?:)
Zgłaszam wniosek formalny. Ponieważ od początku Wojtku jak wynika z treści wpisu z powodów pozasportowych – choroba – obstawiałeś czas na poziomie 01:27:00 to jeszcze na starcie pozbawileś możliwości wygranej tych uczestników zabawy, którzy obstawiali czas na poziomie Twojej zyciówki. Proponuję zatem, żeby nagrodę w postaci płyty wystawić na sprzedaż – nawet tu pod blogiem – organizując mini licytację a dochód przekazać na jakiś cel charytatywny. Jako organizator sam wskaż cel. Jeśli się zgadzasz to na zachętę proponuję na początek 50 zł.
Tu Dziki
Andrzej – to jasne, ustawiony konkurs 🙂 Upał też załatwiliśmy z Johnem, żeby było alibi… Powodzenia. Pan Dziki 🙂
Kilka lat temu byłem z Johnem, czyli z Wojtkiem Staszewskim, na półmaratonie w Radzyminie. Był upał. Też skopał wynik, też złamał 1:30. Dziki był kiedyś przygotowany jak nigdy do półmaratonu. Start w Łomży. Wynik dupa. Wrzesień i 30 stopni. Innym razem to samo w Tarczynie, pogoda ok, ale start w gorączce. Wynik dupa. Taki los. Albo taki z Dzikiego zawodnik – dupa 🙂
Z płytą sobie róbcie co chcecie 🙂
Dziki (Pan Dziki) wygrał konkurs i wybiera „plan treningowy dla przyjaciela” i decyduję o mojej nagrodzie jak następuje:
Plan treningowy przekazuję Markowi czyli Marszowi.
Gratuluję i dziękuję.
Dziki
skoro sprawa nagrody i zwycięzcy w sumie rozstrzygnięta to oczywiście wycofuję się z propozycji
A Dziki nie napisał, że chorobę Wojtka też, oczywiście, załatwili. Żeby alibi było mocniejsze. 😉
Swoją drogą weekend nie był czasem życiówek. Ja zaczęłam za szybko w półmaratonie w Skierniewicach. Trasa, raczej crossowa, to 4 pętle wokół Zalewu „Zadębie”. Czas w stosunku do poprzedniego roku poprawiłam o prawie 3 minuty, ale po raz pierwszy było mi słabo podczas biegu. Gratuluję, Wojtku, ukończenia biegu w całkiem niezłym czasie biorąc pod uwagę okoliczności.
@Marzena – dzięki, mogę Ci tylko napisać: w tych okolicznościach podwójne brawo za te 3 minuty. A jaki czas to oznacza?
@Rob – nie po to ustawiliśmy z Dzikim moja chorobę i upał, żeby sie tak wycofać 😉 A serio, skoro Dziki wybrał plan, to może płytę rzeczywiście zlicytować. Tylko czy nie powinna to być licytacja na leczenie Kory? Wtedy zdobędę jej dedykacje dla zwycięzcy. Trzeba to przemyśleć.
@Marsz – piłeczka po twojej stronie, możesz z nią zrobić, co chcesz i cesz 🙂
Dziękuję Wojtku. Mój czas znacznie odbiega od podawanych tutaj. 1:53:28
Ale i tak jestem z niego dumna 🙂
A jeszcze bardziej dumna jestem ze swojego męża, który też zaczął za szybko i później wymęczył 1:22:23 🙂
Dziki to było takie nawiązanie do filmu Alternatywy 4, gdy pan profesor trafił wynik:)
Tu Dziki
Andrzej – dopuszczaliśmy z Johnem taką intencję, czyli że to był świetny żart 🙂 Przepraszam. W dobie trolli po prostu nic nie wiadomo.
A Dziki dziś wygrał z Johnem, czyli ze Staszewskim, w ping ponga.
Choroba Johna, czyli Redaktora Staszewskiego, trwa.
A potem Dziki dziś jak zawsze: koło 1,5 godziny, koło II zakresu, na koniec przez około 2 kilometry raczej III zakres, wszystko po Bielanach, Żoliborzu, Kępie Potockiej, z wypadem na bliskie Śródmieście. Mierzyłem tylko czas. Spociłem się jak szczur.Dziki
Dzięki Dziki:) no to teraz już wszystko jasne:) A na marginesie, wygramy ze Szwajcarią?
dziki – dzięki za pamięć ale ja już mam plan na pewnio znajdzie się ktos bardziej potrzebujący
wojtku – tętno 140,, to chyba zbyt wysoko zawieszona poprzeczka, jak kończę półmaraton z tątnem 150, wynik niestety słaby 1h36’20, 5 minut wolniej od życiówki, mimo, że pogoda idealna, przynajmniej bez wizyty w wc:)
marsz
@marsz – a jaki masz HRmax??
Jak wchodzimy w licytacje to ja jestem też.
nie wiem, nigdy nie robiłem testu wysiłkowego – warto?
zakładam, że gdzieś pomiędzy 178-181 (tyle mi kiedyś dawno temu garmin pokazał, podczas próby 3×1′)
marsz
ps.ciekawe, że rok i dwa lata temu też konczyłem ten pòłmaraton ze średnim tętnem 149/ 150, tyle, że czasy były wyraźnie lepsze, życiòwki w obu biegach
marsz
@marsz, biegasz na bardzo niskim procencie tętna maksymalnego.
Nie spróbowałbyś danielsowskich przedłużonych interwałów (2-3 km) z tętnem powyżej 160?
Test wysiłkowy bym sobie darował, lepiej zrób na świeżo próbe 3 razy minuta.
Brexit 🙁
My tu o bieganiu, a Europa nam się wali :-/
chcialbym biegac na wyzszym, bo to by oznaczało tempo i wyniki ale nie potrafię póki co…
co do planu, jeśli ty i dziki nie macie nic przeciwko temu i jeśli piłka po mojej stronie, to ogłaszam konkurs na wynik meczu pol-szwajcaria, żeby było łatwiej to można prognozować do 16.00 ale kto pierwszy ten lepszy:)
za brexit oddałbym zwycięstwo polaków gdybym mógł nim szacować i nie tylko zresztą…, byłem przekonany, że zostaną, nawet franków na spłatę raty nie kupiłem ale stało się i trzeba się z tym oswajać…, to niestety kolejny podział społeczny prawie fifty-fifty w kluczowej sprawie – co ma ze sobą zrobić ta przegrana połowa?
marsz
ps. pewnie słyszeliście o zrozpaczonym wynikiem głosowania betrixowcu, który nie spodziewał się, że jego głos może przyczynić się do betrixu ( sic), racjonalne myślenie jest w odwrocie
Tu Dziki
Andrzej – wygramy ze Szwajcarią 2:0. I to będzie mecz do jednej bramki 🙂
Marsz – Dziki się zgadza na drugą turę nagrody. Zresztą Ty nią dysponujesz 🙂 Ale może zastanów się. To co pisze John o obciążeniach… Może to dobry trop? A jak dobry trop to może i dobry plan? Jesteś zawodnikiem w treningu i jednocześnie w kryzysie wyników. Może zmiana? Może dobra zmiana? 🙂
Szkoda mi Przyjaciół Brytoli.
Dziki
Racjonalne myślenie zostało zastąpione fejsbukiem.
Długie interwały 3×3 km, to mój ulubiony trening. Po trzech tygodniach biegania wracam do ubiegłorocznych prędkości. Uparcie biegam w środku dnia na nieosłoniętym asfalcie, ale ślężingu nie zaniedbuję.
Dziś nie piję piwka w Pasterce – odpusczam SGS…
Zobaczymy czy racjonajne myślenie czyli trening zamiast zawodów przyniesie jakieś rezultaty.
Sprawdzę na fejsie… 😉
Zdrówko!
dziki- jestem w kryzysie i to chyba nie tylko wynikowym ale wieku średniego jak to się kiedyś subtelnie mówiło:) dlatego niedawno zmieniłem trenera, plan, buty i ćwiczenia- na efekty jeszcze za wcześnie, bo biegam dopiero od miesiąca( dlatego nie chcę mieszać teraz z planami) ale wierzę, że tym razem przyjdą, że jeszcze pobiegnę maraton na tętnie 155…
a plan chyba znowu wygrasz:), wracam do meczu
marsz
Tu Dziki
Marsz – jasne! Pobodzenia z nowym trenerem. Niech to będzie Nawałka na Marsza 🙂
A wczorajszy mecz oglądaliśmy z Johnem i Jakże Sportową Żoną Johna <3
To był taki mecz, jak mój maraton w Twoim Wrocławiu w 2009 roku, kiedy Dziki pierwszy raz złamał 3:15. Początek miałem wtedy fantastyczny, na 3:08, na 3:0 ze Szwajcarią, jak wczoraj, drugą połowę jechałem na wyniku z pierwszych dziesiątek, wszystko źle, dogrywka, doganiają Dzikiego balony 3:15, już się poddaję, ale są rzuty karne, dogania mnie drugi zając na 3:15 i woła, że ten pierwszy biegł za szybko, nie chce mi się wierzyć ale jakoś wierzę, mija mnie kolega, Marek, mówi życzliwie: " Dziki, to już koniec, to twój ostatni kilometr, to twój koniec", zamiast się załamać Dziki bierze rozbieg do ostaniego karnego, Marek potem mówi, że jak usłyszał co powiedział, to poczuł dwuznaczność, też miał już dosyć tego maratonu, tymczasem Dziki przegania Marka, dobiega do pacemakera, piłka leci w stronę bramkarza, bramkarz już ją ma, ale piłka przechodzi przez rękawice i wpada do bramki. Jest! 3:14:56. Radość pomieszana z mieszanymi uczuciami. Jak wczoraj 🙂
Dziki
@Pjachu – zamierzasz intelektualnie wypracować formę biegową? Czy czegoś nie zrozumiałem? 😉
@Marsz – na konkurs na wynik meczu ze Szwajcarią nie starczyło już czasu, wszystkie siedem osób, które czyta blog zrobiło to do wtorku i nikt nie obstawiał (poza Dzikim, który jednak nie trafił).
Proponuję ogłoszenie konkursu na mecz Polska-Portugalia. Byłby to wspólny konkurs Marsza i Staszewskiego – Marsz funduje nagrodę w postaci planu, którą przekazał mu Dziki, a Staszewski płytę, którą przekazała mu Kora. Co Ty na to?
Biorę udział w konkursie i może nie będzie to zbyt popularne, ale obstawiam niestety wygraną Portugalii 1;0
tak oczywiście wojtku zgadzam się:)
w weekend mój jelitowy koszmar powrócił na dośc łatwych treningach w sob i niedzielę, co 3 km biegunka – jest na to jakiś plan?
marsz
Racjonalne myślenie na fejsbuku, to przekora. Oksymoron. Zaczął Marsz – o Brytolach i odwrocie racjonalnego… fejsbuk niestety wygrywa…
Nie pojechałem na SGS, bo szykuję się na dłuższą poniewierkę. Wdrożyłem ostry pomysł treningowy więc nie mam czasu na start w zawodach. Pomysł polega na treningu do dychy + ślężing raz w tygodniu (+1500 m na 25 km)
Choć, żal okrutny, bo z poprzednimi czasami miałbym pudło juniorach najstarszych…
Zdrówko!
Po raz pierwszy ubrałem też pulsometr. Wyniki przedziwne. Jeszcze raz spróbuję i pewnie go zdejmę…
Jak ktoś (lub raczej coś) ci mówi „nie biegaj”, a ty dalej biegasz, to on/ono może mysli, że go nie słyszysz. I dalej nawija „nie biegaj, nie biegaj, nie biegaj”. Raz głośniej, raz ciszej. Naprawdę życzliwie ktoś (lub coś) mówi „nie biegaj”. Na pewno z troski, może nieświadomie trochę egoistycznie: „nie biegaj…”.
Teraz ty. Odpowiadasz. Wreszcie! „Będę biegać”. ” Po co, nie biegaj”. Można się było tego spodziewać. ” Bo chcę”. Lepiej, ale szykujemy się na atak. ” Błagam, nie biegaj”. „Co cię to obchodzi, biegam”. Teraz najważniejsze dwie wymiany. „Jak nie przestaniesz to będzie źle”. ” To moje bieganie, biegam, chcę biegać, a jak ci się nie podoba to spierdalaj!!!”. Dziwny stan. Strach, niepokój. „Dobrze, w takim razie biegaj”. ” Dziękuję, będę biegać”.
Koniec. Dziki
To była przypowieść o jeżach 🙂 Nie o komunistach 🙂
@Dziki dopytam na Pp
A ja w 20 minucie widze Brexit. I tym razie sie cieszę. Viva Islandia
Was koche ich heute – diese Frage stellen sich tag fuer tag viele Menschen. Und wir haben tag fuer tag die perfeckte Antwort darauf! Besuchen Sie uns auf unserer Webseite und lassen Sie sich von uns beraten . Wir freuen uns auf Sie!
Pingback: najbolja domaca muzika