Półmaraton z wiatrem

Na szóstym chyba kilometrze czeka Dziki. Chętnie bym przybił piątkę, opowiedział, co się działo przez ostatnie 23 minuty, bo dużo się działo, ale nie mogę, bo zasuwam w tempie 3:50 min./km. Wiecie co to jest za tempo? Co to jest dla mnie za tempo? To jest tempo pierdolniętego pociągu na torach do zguby lub do zbawienia, zależnie, co dróżnik w czapce z purpurowym otokiem zrobi ze zwrotnicą.

Ta czapka to z Kleyffa. Słuchaliśmy tego z Dzikim w poprzednim stuleciu.

Zacząłem z piątej linii, bo linię startu przekroczyłem po pięciu sekundach od momentu, kiedy brutto wystrzeliło w kosmos. Kilkaset metrów trwało zanim dobiłem się w okolice naszego trenera z Kancelarii Maćka, który zającował na 1:20. Krzyknąłem mu cześć i że przybiegłem się przywitać teraz, bo przed metą się nie będziemy widzieć, bo na piętnastym odpadam z grupy.

Rzeczywistość okazała się inna. Biegnę z tyłu grupki Maćka i patrzę na drugim kilometrze, że oni zamiast biec po 3:50 gnają po 3:40. A ja z nimi. Odpuściłem więc w miarę rozsądnie, ale i tak coś mnie gnało. Wiecie co? Wiatr.

Wiatr strasznie namieszał w tabelach. Stąd wariackie cyferki na pierwszych kilometrach – można sobie je TUTAJ podejrzeć. Ale i tak czułem wiatr w żagle, taki ze środka, z wnętrza.

Gdybym wiedział, że b. Podopieczny Bartek jest wtedy 10 sekund za mną, to chyba by mi się włączył motorek. I wtedy byłoby chyba szybko po biegu. I tak tętno mam powyżej wszelkich książkowych norm. Około 179, czyli ponad 95 proc. HRmax.

Więc Dzikiemu nie mam tego jak opowiedzieć, a robi się ciężej, bo biegniemy przez Most Gdański i wiatr teraz trochę zatrzymuje. A potem wbiegamy na prawdziwą Pragę i wiatr przytrzymuje bardziej. Ale tempo mi w zasadzie nie spada (przynajmniej tak to teraz pamiętam).

Fot. Dziki

Na 10 kilometrze robię season best: 38:29, o 13 sekund szybciej niż ostatnio w Kabatach. I wiem, że zbliżam się do zwrotnicy. Zapłacę za szaleństwo, czy nie zapłacę?

Od lat uczę się, i uczę Podopiecznych, rozsądku na trasie. Pobiegnij na krótszym dystansie, będziesz wiedział na ile jesteś, wystartuj na ten czas z lekką nadróbką, żeby stracić ciutek w drugie połowie. Ale w zasadzie najlepiej będzie, jak przebiegniesz to prawie równo.

Zgodnie z tym powinienem po raz kolejny zacząć na lekkie złamanie 1:24 (co wg Liczydła oznacza złamanie trójki w maratonie). I po raz kolejny, jak w poprzednich latach, trochę to złamać. I trochę się cieszyć, trochę nie cieszyć, bo z czego. Z tego, że z roku na rok jest coraz gorzej, trzeba mocno wczepiać się w ścianę jak kot pazurami i starać się nie zjechać w dół więcej niż o 3 sekundy. Taki zjazd miałem między 2014 a 2015 rokiem.

W tym roku nie chciałem znów mieć zjazdu. Trenuję mocniej, objętości robię jak nigdy, jestem w tym taki rozsądny i rzetelny, że na starcie postanowiłem pozwolić sobie na szaleństwo. Pierdolnięte tempo. Wiarę w głowę, zignorowanie fizjologii i prognoz z wcześniejszych biegów. Kto rozsądny biegnie półmaraton w tempie szybszym niż dwa tygodnie wcześniej przebiegł 10 km? Ja.

Zaczynają mnie wyprzedzać tramwaje. Zjadam żel, odżywam na 2 km, ale potem znów tabuny biegną po mnie. Nie zwolniłem dramatycznie, ale na tyle wyraźnie, że kto widział moje plecy, za chwilę pokaże mi swoje. Boję się, że za chwilę śmignie mnie Podopieczny Bartek, ale – o czym nie wiem – on jest już wtedy ponad minutę za mną.

Do 15 kilometra idzie nieźle.

– Cel jest w zasięgu – mówi mi Dziki, ale mam jeszcze tyle jasności w komputerze, że sam widzę wciąż szansę na złamanie 1:22. Mam też tyle jasności w głowie, żeby wyznaczyć sobie plan B – minimum zadowolenia to złamanie 1:23, czyli 1:22 z przodu. Bo w zeszłym roku było 1:23:30 – to teraz moje minimum przyzwoitości.

I nagle wszystkie liczby idą się… Przepraszam wszystkich, którzy mówili mi, że mają kolkę, a ja wyjaśniałem beznamiętnie, że należy nabrać powietrza, przytrzymać i ścisnąć mięśniami brzucha bolesny rejon. Łapie mnie kolka słoniowa, kolka nad kolkami, największa kolka w moim życiu. Kolka nie do zwalczenia. Nie mogę nabrać powietrza, przytrzymać, ścisnąć, bo po prostu nie dam rady wciągnąć powietrza do płuc. Oddycham płytko, gwałtownie, jak nie przymierzając przy orgazmie (przynajmniej tak to widziałem na filmach).

Fot. Dziki

– Kolka. Zaraz stracę wszystko – mówię do Dzikiego. Dziki robi mi fotę. Na zdjęciu nie słychać, że jęczę. Jęczę.

– Zacznij się tam bić – radzi Dziki. Nie pomaga, boli tak samo.

– Ból można jeszcze zignorować – znów Dziki. Ignoruję. Boli, ale biegnę. Dziki powie mi potem, że wyglądało to, jakbym stanął. Ale ciągle walczę, ciągle mam szansę wskoczyć do pociągu, może nie tego wymarzonego, ale wygodnego, z nagrodą na stacji docelowej.

Postanawiam znów zrobić coś głupiego albo inaczej mówiąc niestandardowego. Skoro i tak zwolniłem, to wyciągam drugi żel i wciągam go powoli. Przechodzi. Kolka przechodzi. Na kilometrze tracę tylko 15 sekund, bo wychodzi mi kilometr w 4:16, a poprzedni był o ile pamiętam w 4:01.

Liczę sekundy do końca. 1:22:59 jest w zasięgu, ale trzeba w końcu zacząć schodzić poniżej czwórki na kolejnych kilometrach. Nadganiam, wyprzedzam, ale kolka zaczyna znów krążyć, więc zwalniam.

A i tak biegnę szybciej niż rok temu. I to mnie cieszy. Skończyło się zwijanie, starzenie, odchodzenie, obrona kolejnych, coraz bardziej w głąb starości przesuniętych linii frontu. Ja walczę, ja tańczę, ja walczę. To chyba Siekiera.

Walczę o to 1:22 z przodu. Dojeżdża Dziki, którego przegnała ochrona przed Łazienkami. I okazuje się, że nasza przyjaźń jest wymierna w liczbach. Nie chodzi o te 23 lata za nami, ale o co najmniej 23 sekundy, które Dziki ze mnie wyciąga.

– Daj radę. Przyspiesz. Dogoń tamtego. Wszyscy są twoi aż do tych pasów – możecie zapytać cóż warta jest bezbrzeżna skarbnica zaklęć. Na pewno tych kilka sekund, których bym nie urwał, wysiłku, do którego bym się nie zmusił. Kończę znów jak zaczynałem. Znów biegniemy z wiatrem, a ja znów gnam w pierdolniętym tempie. Nie pamiętam, możecie sprawdzić w tym linku na Garminie.

Chcę się cieszyć na mecie. Dobiegam – wybaczcie lakoniczny opis, ale naprawdę niewiele pamiętam – w czasie brutto 1:23:03. Tak pokazuje stoper. Trochę niepewności mi jeszcze zostaje, czy udało się złamać i roztrzaskać tę trójkę (potem dostanę esemesa 1:22:56). Ale wierzę, mocno w to wierzę, bo chociaż wynik jest o malutkie pół minuty lepszy niż rok temu, to czuję wielkie natchnienie w tym biegu, jakąś wietrzną moc.

Fot. Sportografia, publikacja za zgodą, dzięki

W strefie mety przeżywam sporo radości. Może poza pomartwieniem się z Pictem, który dobiega dwie minuty poniżej oczekiwań. Cieszę się z Piotrkiem, naszym Podopiecznym akurat od trenera Maćka. Witam Wojtka, z którym nie wygrałem chyba od 10 lat. Widzę b. Podopiecznego Bartka i cieszę się, jak cholera się cieszę, że wygrałem tę rywalizację, bo przecież Bartek jest mocniejszy i od trzech lat też regularnie ze mną wygrywa. W ogóle dużo się cieszę.

Wychodzę ze strefy, wolontariusze dają medale. Zawsze idę do najładniejszej dziewczyny, choć wiem, że to nieco seksistowskie. Ale tym razem nie ma dziewczyn, tylko dzieci, małe dziewczynki i chłopcy. Postanawiam iść do najmniejszego chłopczyka.

I możecie mi nie uwierzyć, ale niech Boga nie będzie, jeśli coś zmyślam. Schylam się, chłopczyk wiesza mi medal na szyi, a ja widzę, że ma plakietkę z imieniem. Jasio. I mówię do niego:

– Dziękuję ci, Jasiu.

I ryczeć mi się chce, jeszcze długo, długo.

Komentarze

2 thoughts on “Półmaraton z wiatrem”

  1. Pingback: free downloadable creative resources - EXCLUSIVE

  2. Pingback: best rock from balkans

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *