bielany – 14 czerwca 2007

Dzisiaj biegałem w przeszłości. Szlaban z liceum, lasek z dzieciństwa i górka na sanki. A dziś – na podbiegi do trenowania siły biegowej. Powiem wam dziś o moim ojcu. To on zabrał mnie w góry, kiedy miałem pięć lat, do Piwnicznej w Beskidzie Sądeckim. I z miejsca zakochałem się w górach, chociaż nie wiedziałem wtedy jeszcze co to znaczy zakochać się. Gdyby nie to, może nie zakochałbym się teraz w góralce, bo nie wiedziałbym co to znaczy góralka. Zjeździliśmy potem fiatem 126 p te góry wzdłuż i wszerz, weszliśmy na wszystkie tysięczniki. W liceum kończyłem wakacyjny dzień treningiem biegowym, do dziś pamiętam drogę koło Rycerki-Kolonii w Beskiedzie Żywieckim, a właściwie nie drogę, ale tak rozgwieżdżone niebo, jakiego nie widziałem nigdy więcej. Ojciec nigdy się nie dał namówić na bieganie. Wciągnął się za to w szybkie marsze. Kiedy już byłem dorosły, to pamiętam jak codziennie po pracy jechał do Puszczy Kampinoskiej i robił 40-minutową pętlę. Gdyby to było dzisiaj, pewnie kupiłby sobie kijki narciarskie i został nordic walkerem. Pewnie te marsze uratowały mu życie, kiedy na emeryturze dostał serii mikroudarów (tak to napisali lekarze w karcie wypisu ze szpitala). Tyle, że teraz jest nieco obojętny na rzeczywistość, żyje przeszłością. Pojechałem go dziś odwiedzić i znów usłyszałem porcję naszych górskich wspomnień i opowiadań z jego powojennej młodości spędzonej – po powstaniu – w Bydgoszczy. A ja biegałem dziś po swojej młodości. Bo skoro jadę przez całą Warszawę do ojca na Bielany, to trenuję też na starych śmieciach. Zacząłem od szlabanu przy Podleśnej, koło którego rozciągałem się w liceum. Pobiegłem w pierwszym zakresie pod górkę koło stadionu Hutnika, z której zjeżdżałem na sankach z synem licealistą, kiedy był jeszcze przedszkolakiem. Najpierw zrobiłem pętelkę crossową po wąwozach nieopodal górki, żeby trochę rozbujać serce na krótkich zbiegach i podbiegach. A potem siłę biegową – sześć serii po 100 skipów A, 50 wieloskoków zakończonych wbiegiem na sankową górkę. Kiedy wracałem wpadłem na Wojtka S., świetnego biegacza (zwykle tracę z nim kontakt wzrokowy w 3/4 dystansu), którego pamiętam z podwórka na Jasnorzewskiej z czasów podstawówki. Wojtek biegł 7-kilometrowe kółko, więc do niego dołączyłem. Przegadaliśmy pół godziny o treningach. On trenuje spokojniej, więcej dłuższych wybiegań niż ja robiłem wiosną. Ale teraz włączył dwa razy w tygodniu mocniejszy akcent. Może i ja przejdę na taki rytm w sierpniu, nie będę już się tak katował ciągłymi sprintami, którymi się chyba trochę zajeździłem na wiosnę. Zakończyłem dzień akcentem sportowym całkiem współczesnym. Umówiliśmy się z moim przyjacielem Dzikim na badmintona u nas pod domem. To Dziki wciągnął mnie w bieganie na obozie w Bakałarzewie po I klasie liceum. A teraz córka przedszkolak biegała po podwórku, my graliśmy – na zmianę we trójkę razem z Moją Sportową Żoną. I było sportowo, dobrze i fajnie. Czereda dzieciaków zgłosiła się do nas po zapasowe rakietki, lotki i odbijała obok. Fajnie mieć ludzi, z którymi można się umówić nie na kawę, tylko na badmintona. A potem posiedzieć na murku i pogadać, jak biegnie czas.  Â

Updated: 12 marca 2009 — 18:55

Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.

Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.