Opowiadałem wam już jak zacząłem biegać? To jeszcze raz opowiem, bo mi jak żywy stanął dziś przed oczami tamten dzień styczniowy. W liceum miałem taki zwyczaj, że w pierwszym dniu kalendarzowej wiosny przychodziłem do szkoły w krótkich spodenkach. Dziś rano wybiegłem w dresie z domu do gazety, tam miałem zostawiony wczoraj samochód z workiem cywilnych ciuchów. W kieszeni dresu tylko prawo jazdy, gazetowa karta do przejścia przez bramkę, 20 pln na obiad i komórka z zestawem słuchawkowym na drogę. I z radia dowiedziałem się, że wiosna. Po pół godzinie biegu przez Pole Wilanowskie pogoda zadała temu twierdzeniu kłam. Zachmurzenie duże, radio ostrzegało przed opadami śniegu. I rzeczywiście, kiedy po godzinie biegłem przez Sadybę sypało mi w twarz białym puchem. Śnieg osadzał się z lubością na okularach, niewiele widziałem i ta biała emisja. Wpadłem w nieco odrealniony stan i z niezwykłą jasnością przypomniał mi się dzisiejszy sen. Że niby znalazłem na jakimś portalu biegowym tekst "Co zrobić, kiedy brakuje ci szybkości". Było kilka punktów, najważniejsze były dla mnie (w tym śnie) oczywiste, więc ich nie zapamiętałem. Ale punkt piąty brzmiał "zwiększ ilość przebieżek". Tak naprawdę to nie mam pewności, czy to sen, czy w wieczornej malignie rzeczywiście wyczytałem to gdzieś w internecie. Ale przemyślałem sprawę, że to rozsądne. I półtoragodzinne poranne wybieganie zakończyłem sześcioma przebieżkami na prawie maksa po 30 sekund z 30-sekundowymi przerwami. Trening wieczorny zrobiłem w Lasku Bielańskim (kto nie wie, niech zumi), bo mnie tam zagnały rodzinne sprawy. To moje rodzinne strony (kto czyta, ten wie), tam zaczynałem biegać. Pół roku po pierwszych biegowych krokach z Dzikim (dookoła jeziora Garbaś) postanowiłem, że zacznę regularnie biegać. Od jutra. Bo zawsze postanawia się, że od jutra. Umówiłem się ze sobą w tej sprawie w drodze na religię (młodsi: wtedy na religię chodziło się do Kościoła, w szkole było Wychowanie Obywatelskie). A tu religię odwołali, bo ksiądz chory. Pomyślałem, że to Palec Boży (piszę z dużych liter, na wszelki wypadek, gdyby Bóg był). Wróciłem do domu założyłem pionierki, grube dresowe spodnie po starszym bracie ciotecznym, kangurkę po ojcu i wybiegłem na trening. Podleśną w dół do placu zabaw ze słoniem. Ale słonia nie było, huśtawek i reszty infrastruktury też, tylko młode drzewka i ścieżki. Biegłem tymi ścieżkami nie wiedząc do końca gdzie jestem, tak się nieswojo poczułem, bo ciemno było. W końcu zobaczyłem przed sobą światła ATK-u (dziś: Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego) i odnalazłem drogę. I z niezwykła wyrazistością stanął mi przed oczyma tamten dzień, tamten niepokój, tamten stan ducha, w którym może przeczuwałem, że zaczynam coś, czym będę żył ćwierć wieku później, a pewnie do końca życia. Bo kręcąc po lesie cztery szybkie (mocny II zakres) odcinki po 5 minut z 2,5-minutowymi przerwami zabłąkałem się na tę ścieżkę. I paręset metrów przebiegłem z sobą samym tak niespodziewanie spotkanym. Â
Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.
Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.