Wymyśliłem dziś na bieganiu dwie rzeczy: kanoniczny współczynnik Misia oraz kwadrans Misia. Środa normalnie jest z bieganiem, ale była bez. Bo córka przedszkolak chorowała, a posłowie, w tym jeden minister wyznaczali mi terminy rozmów, które kompletnie poprzestawiały mi dzień. Odwołałem wieczorny trening na AWF-ie u trenera R. Z Sejmu RP wróciłem dopiero przed dziesiątą wieczorem. Za to w czwartek rano spisałem środowe rozmowy i przed gazetą pojechałem na bieganie. Półtorej godziny w Lesie Kabackim, na 10-kilometrowej pętli. Pętlę zrobiłem w około 55 minut, a brakujące 35 dorobiłem w wąwozie przy amfiteatrze koło szóstego kilometra. To tzw. kross, trening bardzo wskazany w okresie zimowym. Podbieg – tętno w górę, za chwilę zbieg – tętno w dół. Niby długie bieganie, ale ta huśtawka wpędza organizm w stan gotowości. Odkryłem przy okazji coś niesamowitego w terenie. Boję się o tym wspominać głośno, żeby się wszyscy nie dowiedzieli, ale i tak pewnie Gazeta Wyborcza napisze, żeby odebrać Polakom nadzieję na cichą zabawę w małym gronie. W Powsinie, na tyłach amfiteatru w wąwozie jest najprawdziwszy park linowy. Nie wiedziałem, że coś takiego istnieje w Warszawie. Czynny od kwietnia, więc już liczę dni. Platformy na drzewach, liny, wiszące mosty, cuda, które jako żywo przypominają piątą bodajże planszę z Prehistorik 2. Czy ktoś w to grał? Ja spędziłem z synem wiecznym licealistą długie godziny, kiedy chodził on jeszcze do podstawówki. Na tym krossowym odcinku zacząłem tak jak kiedyś dużo myśleć o Misiu. Kto nie śledzi komentarzy pod blogiem, temu wyjaśniam, że Misio mógłby zdobyć kilka tytułów: klasowego komentatora, mistrza ambicji, a w konkurencji "brak efektywności treningów" mógłby liczyć nawet na laury międzynarodowe. Misiowi udało się (mniej więcej) niespotykane – na zawodach na 15 km pobiegł chyba wolniej na kilometr niż na treningu na 18 km. Najpierw wymyślałem kanoniczny współczynnik Misia. Ostateczna postać jest taka. Uwaga, to trudne. Bierzemy liczbę sekund, o jaką poprawiliśmy w ubiegłym sezonie życiówkę na 10 km. Dzielimy to przez liczbę przebieganych tygodniowo kilometrów. Do tego dodajemy pierwiastek kwadratowy z naszej nadróbki poniżej godziny w biegu na 10 km. Jak ktoś nie jest inżynierem, to wyjaśnię na przykładzie. W ostatnim sezonie poprawiłem życiówkę na 10 km z 36:16 na 35:22. O 54 sekundy. Zapamiętujemy tę liczbę. Biegam tygodniowo średnio 70 km. Dzielimy 54 przez 70 i wychodzi 0,77. Zapamiętujemy tę liczbą (a o poprzednio zapamiętanych zapominamy). Moja życiówka na 10 km to 35 minut, więc o 25 minut poniżej godziny. Nie musimy zapamiętywać tej liczby, tylko od razu wyciągamy z niej pierwiastek kwadratowy – to 5. I teraz dodajemy 5 + 0,77. Wyszło 5,77. Kanoniczny współczynnik Misia w moim przypadku wynosi 5,77. Ciekaw jestem, ile wynosi w przypadku Misia. Oraz innych czytelników (policzycie i napiszecie?). Jeśli logika myślenia w trakcie półtoragodzinnego treningu nie ulega zbyt dużemu zaburzeniu powinno być tak, że czym wyższy współczynnik, tym większa efektywność treningu. Najbardziej efektywny powinien być ktoś, kto trenuje mało (czego nie popieramy), biega szybko i osiąga znaczne postępy (co popieramy). Ciekaw jestem, czy to potwierdzicie. Misio żartował, że musi założyć sobie na treningach ograniczniki prędkości. Racja. Zastanawiałem się, jak to zrobić. I wymyśliłem kwadrans Misia. Takiego treningu nie widziałem nigdy i nigdzie. To wbrew zdrowym zasadom, zgodnie z którymi należy kończyć szybciej niż się zaczyna. Ale może dla Misia to byłoby dobre. Oto pomysł na kwadrans Misia. Zaczynać trening (po krótkim truchcie) od takich 15 minut: 3 minuty szybko, 2 truchtem – i powtórzyć to trzy razy. Takie interwały pozwolą spalić nadmiar glikogenu i szybciej przejść na spalanie tłuszczów. A to nie będzie już tak efektywne i Misio nie da rady zabijać swojej formy codziennym ściganiem się z samym sobą. Będzie oczywiście potwornie wypompowany na treningu, ale może przejściowo warto, zwłaszcza, że dojdzie bonus w postaci megaodchudzania, o jakim nie śniło się nawet w telezakupach. Po pracy przyjechała do nas córka licealistka. Zagraliśmy jeszcze z córką przedszkolakiem w Chińczyka i memory. Czyli sporty stolikowe. A wieczór to badminton z Moją Sportową Żoną. Starczy gier na dziś. Â
Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.
Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.