Chociaż cała sala ma z nas bekę, nie przejmuję się. Taka praca. Odbijam z Grzegorzem Łomaczem starając się zejść nisko na nogach, uderzyć piłkę miękko. Odważam się i atakuję, a reprezentacja Polski w siatkówce jest tyleż rozbawiona, co zdziwiona. Grzegorz broni i też atakuje. Odbieram. Ale z wrażenia łapię zaraz piłkę.
– Gdybyś grał naprawdę, to byłoby dziesięć razy mocniej?
– Tak.
– To zaatakuj trochę mocniej – proszę.
Wystawiam, Grzegorz ma zaatakować, ustawiam się do perfekcyjnej obrony. I naprawdę nie wiem, w którym momencie piłka ląduje pod moim kolanem.
Zdjęcie z tej lekcji będzie za jakiś czas w Newsweeku. To fota z treningu kadry.
Zrobiłem ten cyrk uczestniczący, żeby uświadomić sobie – i Czytelnikom – różnicę między sportem amatorskim i profesjonalnym, ale chyba jeszcze bardziej uświadomiłem sobie to w Najlepszą Niedzielę w Dziejach Polskiej Lekkiej Atletyki (NNDPLA).
Zacznę ten dzień od końca. Na meczu finałowym ME przysnąłem, ale z kontrolą, żeby usłyszeć komentatora ogłaszającego Europie bramkę Portugalii. Podczas transmisji z ostatniego dnia lekkoatletycznych ME nie mogłem z emocji usiedzieć. Co finał to Polak. I to przeważnie na podium. Worek ze złotem rozpruła Angelika Cichocka (Jezu, jak pięknie płakała pod tym całunem flagi), a potem leciał złoty dysk (ok, to wcześniej, ale mi tu pasuje do obrazu), złoty młot, srebrna kula, złote albo srebrne buty. Lewandowski nie zawiódł, chociaż przegrał złoto z Pazdanem, ale dwa najwyższe stopnie podium dla Polski, to coś, czego piłkarze nigdy nie osiągną.
Po prostu bajka o złotej rybce.
– Wypuść mnie, co chcesz w zamian?
– Worek złotych medali.
– Proszę bardzo.
Tym bardziej czułem profesjonalizm reprezentacji POL-LA, że wcześniej wróciłem z najgłupszej porażki sportowej tego lata. Po okazjonalnym świętowaniu poprzedniego dnia równiutkiej czterdziestki Sabiny, szwagierki-maratonki zebrałem się na trening. Ok, wstałem w dobrej kondycji. Ale mimo upału i oczywistego odwodnienia oszukałem siebie, że nie potrzebuję wody na drogę, dwa łyki przed wybiegnięciem wystarczą. Do Błoń (rzecz działa się w Krakowie) jeszcze starczyło mocy na przyzwoity bieg po 5:19, a potem siły topniały szybciej niż pieniądze na program 500 plus. Zamiast zaplanowanych dwóch godzin skończyłem po 1,5 h z kawałkiem.
Przypomniało mi się w porę zalecenie ze świata sportu profesjonalnego: celem treningu nie jest realizacja planu treningowego, tylko osiągnięcie maksymalnej dyspozycji w dniu zawodów. Domęczenie pół godziny po Lasku Wolskim wcale by mnie do tego nie przybliżyło.
Na szczęście ostatnie mazurskie bieganie (2:12) było niezłe. Obiegłem jezioro Mokre i kończyłem znów koło tych cudnej urody jeziorek, nad którym się rozpływałem tydzień temu. Tym razem miałem aparat.
Tak wyglądałem nad jez. Mokrym:
A tak wygląda leśne jeziorko. Pełne złotych rybek chyba.
8 thoughts on “Bajka o złotej rybce”
pocieszające co piszesz wojtku, bo w niedz. zawaliłem kompletnie bardzo fajny trening: 20′ + bieg zmienny: 12 x1km/4’30//1km/5’10…,
mimo, że cały dzień wypoczywałem, że ekscytowałem się lekką (zauważyliście jak lewandowski wyszedł za plecy kszczota, który wtedy przyspieszył, a przed bossego, zmuszając go do zmiany rytmu i zbiegnięcia na trzeci tor?), że wydawało mi się, że pobiegnę lekko, że z przyjemnością, a tymczasem sił starczyło raptem na 3 odcinki (torsje i takie tam)…
planu więc nie zrealizowałem ale mam nadzieję, że od celu się nie oddaliłem – choć ciężko taki nieudany trening wyrzucić z głowy, zwłaszcza, że nie był jakiś kosmicznie ciężki
marsz
@marsz – pewnie do celu sie nie przyblizyles, ale domeczenie kolejnych odcinków tez by Cie do niego nie przybliżyło.
Z innej beczki:
Pamiętaj, ze masz plan do dyspozycji. Konkurs nie wypalił, ale jestem za tym, zeby go w jakiś sposób puścić w świat
http://www.festiwalbiegowy.pl/festiwal-biegowy/zmiana-nagrod-w-plebiscytach-fb-oswiadczenie#.V4efM43o7CQ
Zły prorok 🙁 Nie chciałem
ja się już chyba tylko oddalam – w pon też tylko 3km, a wczoraj 0km – albo przybliżam, do decyzji o przerwaniu biegania:(
wojktu – co do planu, to pytałem cię czy może być dla osoby zaczynającej, mam kolegę, któremu dałem już twoją książeczkę ale nie wystarczyło, plan by go chyba ruszył z miejsca i mielibyśmy na koncie jedną osobę biegającą więcej:)
drugim sposobem może być konkurs olimpijski – tylko prosiłbym cię o wymyślenie pytania – może dotyczącego polaków biorących udział w maratonie?
mój najbliższy ciekawy trening to 3 x 5km/4’20-25 p.7′ – może tym razem się uda?
marsz
Tu Dziki
A dziś zawodniczka Zuzanna Krawczyk, prywatnie córka Dzikiego 🙂 , wygrała Park Run na Żoliborzu w Warszawie. Dalszy ciąg sukcesów polskiej lekkiej atletyki!!! 🙂 Ale wspaniale! John, czyli Wojtek Staszewski, trzeci na Park Run Ursynów, a Zuzia pierwsza na PR Żoli!!! To jest coś! Dziki już nic nie musi 🙂 Poza robieniem planów treningowych i wspólnymi treningami z moją kochaną Zawodniczką 🙂 Wspaniale! Dziki
@Marsz – jestem za pomysłem z twoim kolegą. Spiszmy się na bieganie@ksStaszewscy.pl. Na olimpiadę coś trzeba będzie wymyślić świeżego.
@Dziki – Widzę u Zuzi taki fajny, konkretny zryw do biegania. No może nie tylko widzę, co znam z twoich opowiadań po ping pongu. Jeśli ta zawodniczka ma geny, to ma przyszłość 🙂
Tu Dziki
Geny Zuzia ma potężne!!! Niektóre koleżanki mówią na Zuzię ” Dzika” 🙂
Mamy plany i cele. Cel pierwszy: złamanie 49 minut na 10 km w Biegu Wegańskim we wrześniu (uważam, że złamiemy 48 minut, ale nie należy spalać Zawodniczki takimi planami). Cel 2: Półmaraton Warszawski 2017 i wynik poniżej 1:50. To będzie debiut Zuzy na tym dystansie i cel jest adekwatny, chociaż będzie przygotowana na 1:45 czyli na tempo 5’00/km.
Jutro robimy podbiegi Spacerową. Dziki podciągnie sobie siłę biegową 🙂 Dziki
Pingback: srbija rock