Obóz biegowy w Rabce robi się po to, żeby zakończyć go deską w Siwym Dymie. Normalnie na podłodze w obszernym przedsionku knajpy z góralską muzyką, moskolem i najlepszym tatarem na Podhalu. To oczywiście nie do końca prawda, ale…
Ale kiedy Nadzieja trzyma deskę trzecią, potem czwartą minutę, a potem bije rekord Ani Czarnej ze środowego treningu na stadionie, to krzyczymy z emocji. Ściślej krzyczą ci, którzy już skończyli, bo deskę robiliśmy solidarnie wszyscy (może poza tymi, którzy zachowali absolutną trzeźwość oceny sytuacji).
Krzyczymy, bo nam się przypomina ten stadion. Totalne wyczerpanie Andrzeja, który został w tej konkurencji wicemistrzem obozu. Andrzej z lewej.
I radość Ani Czarnej, która biegała po górach w tyle stawki, a tutaj była pierwsza z pierwszych z wynikiem 4:11. Ania z prawej, gratulacjami obejmuje ją Moja Sportowa Żona, która na obozie zmienia się w trenerkę Kingę, specjalizacja wzmacnianie, rozciąganie i trzymanie wszystkiego w ryzach. Żeby taksówki, którymi podjeżdżamy pod Luboń na Zakopiankę albo do Rdzawki, żeby na Turbacz zrobić bardziej efektywny sportowo trening, więc, żeby te taksówki nie jeździły w poprzek czasu jak w piosence Strachów na Lachy.
A kiedy Nadzieja pada (po jakichś sześciu minutach, nie pamiętam), to deskę trzymamy tylko we dwóch, z Adamem. Adam dojechał już po tamtym konkursie, na ostatnie dwa dni, bo go zatrzymała w excelu niedopięta umowa biznesowa. Wiedziałem, że jest mocny, dlatego rzuciłem mu wyzwanie. Adam z lewej, zbiegamy z Krzywonia.
Adam zdążył na Babią. To najwyższa góra, na którą wbiegamy (no, bądźmy szczerzy, od połowy drogi naprawdę wbiegamy, pierwsze dwa kilometry to głównie marsz, marsz do góry). Byliśmy tu w czwartek, chyba proroczo, dziewczyny zrobiły sobie na szczycie zdjęcie z naszym Rafałem Majką, Przemkiem, który biegał w koszulce najlepszego górala (chociaż o tę koszulkę musiałby stoczyć duży bój z drugim Przemkiem, tym, co ryczy na podbiegach jak młociarz przy wyrzucie). Przemek/Rafał w środku.
A Babia w całości wygląda tak. Z lewej Andrzej:
To jest dla społeczności ksStaszewscy (zwanej też Dziećmi Turbacza – to spontaniczna, poobozowa inicjatywa fejsbukowa sprzed dwóch lat) taki magiczny tydzień w roku, w którym pod pozorem wielkiej zabawy biegowej robimy dwie rzeczy. Po pierwsze budujemy siatkę emocji, która pozwala nam w Siwym Dymie przepijać do siebie przez stół, zaśmiewać się do rozpuku (swoją drogą – co to jest rozpuk?), a bliżej północy nawet pogadać o życiu, jakbyśmy przebiegli razem nie 110 kilometrów, ale co najmniej 110 miesięcy. A po drugie trenujemy, trenujemy, trenujemy. Chociaż często pod pozorem zabawy trudno rozpoznać środki treningowe.
Sztafeta na koniec obozu (osiem razy 800 w dwuosobowych teamach), to mały trening interwałowy. „Chłopaki gonią dziewczyny” na podbiegach, to mobilizacja do intensyfikacji treningu siły biegowej. Mój ulubiony kros z pomysłem – tym razem „kros dublowany” czyli, kogo na 750-metrowej pętli zdubluje prowadzący, ten kończy pętlę i idzie odpocząć – to z jednej strony mobilizacja do walki, a z drugiej dopasowanie obciążenia do poziomu biegowego. Kros ukończyły tylko trzy osoby – dwóch Przemków i Sabina (ci, co nie dali się zdublować).
A cały obóz wygrała Ania Marysia. Codziennie przyznawaliśmy z Kingą 1, 2 lub 3 punkty za szczególne osiągnięcia. Ania Marysia była pierwsza z dziewczyn na Maciejowej, ogarnęła perfekcyjnie jedną akcję z GOPR-em, zaskoczyła nas na treningu tempowym, w sztafecie zajęła z Adamem drugie miejsce, a dodatkowo nie opuściła ani jednego dnia zadanych na początku ćwiczeń z kettlem, który stał przy wyjściu z naszego pensjonatu.
Ania z najszerszym uśmiechem (na pierwszym planie).
Zamiast napisów końcowych lokowanie produktu. Koszulki obozowe – żółte dla dziewczyn i granatowe dla chłopaków – dostaliśmy z niezłym upustem od Brooksa i obiecaliśmy o tym napisać. A zwróciliśmy się z tą prośbą do Brooksa, bo uważamy, że robią ubrania i buty dla biegaczy z klasą (tego nie zobowiązywaliśmy się pisać, po prostu tak uważam).
I jeszcze lokowanie Festiwalu Biegowego w Krynicy. Spotkamy się tam z paroma osobami z obozu, pewnie zjawi się ktoś spod bloga. Poprowadzimy z Kingą warsztat „Bieganie bez biegania”. Podejdźcie, przybijcie nam piątkę i pozwólcie się zmęczyć. Tylko pamiętajcie, że to się może kiedyś skończyć deską w Siwym Dymie.
6 thoughts on “Deska w Siwym Dymie”
.. I wszyscy się rozjechali do swoich żyć a Gorce jak stały tak stoją!
„Taksówki w poprzek czasu” to nie jest piosenka „Strachów..” tylko „Pidżamy Porno”, czy dziennikarz Newsweeka musi się uciekać do manipulacji nawet pisząc na prywatnym blogasku?
ojojoj, straszna manipulacja… nocne trolle alkoholowe czuwają jak widać 😉
Dzięki za wszystko i wszystkim za kolejny cudowny obóz. Polecam niektórym komentatorom z pod bloga przyjechać w przyszłym roku i zobaczyć jak jest. Wojtku pięknie opisałem Ten caly piekny tydzień .☺
Opisales a nie opisałem oczywiście
Pingback: haris cizmic