Mieliśmy weekend spędzić w Bieszczadach i zasypać sociale fotami połonin. Miałem opisywać logistyki, że idziemy z dziećmi całą ekipą z punktu A do punktu B, a potem ja biegnę po samochód do punktu A i jadę po wszystkich. Miało być tak pięknie. Ale wystraszyliśmy się pogody.
Nigdy nie wystraszaj się pogody. Złych prognoz, chmur na niebie i słupka termometru nad ranem. Jak sięgam pamięcią to kilka razy w życiu wycierpiałem się przez deszcze, wichry i ziąb. Ale zazwyczaj warto jechać i zrobić to, co się zaplanowało. Aktywność się statystycznie dużo bardziej opłaca.
Myśmy się wystraszyli i zamiast w Bieszczady pojechaliśmy w sobotę na Piknik Olimpijski na Kępie Potockiej. To stara impreza, jeździliśmy tam jeszcze z małą córką studentką, w jednym konkursie rodzinnym na ergometrze doszliśmy do takiej wprawy, że w ostatniej jego edycji zwyciężyliśmy, a nagrodą była kamera VHS.

Największą atrakcją Pikniku jest pełny multisport. Dzieci wariują – Mały Yoda i mały sąsiad latali podjarani od jednego toru przeszkód do drugiego. Tu można kopnąć piłkę, tu rzucić czymś pomiędzy kręglem a oszczepem, tu poodbijać, poprzeskakiwać albo przepłynąć w dwuosobowym teamie 200 m na ergometrze wioślarskim. Na sumo zabrakło nam czasu, ping-ponga nie znaleźliśmy, a najbardziej nastawiliśmy się na badmintona.
Gra w badmintona przy huraganowym wietrze wymaga umiejętności żeglarskich. Trzeba obliczać wpływ wiatru na lotkę przy uderzeniu wysokiej lotki, przy niskim/płaskim ataku, przy lekkim skrócie. Zapisaliśmy się całą rodziną do turnieju badmintona. Mały Yoda wygrał z sąsiadem, a potem wpadł na Michała ze Stalowej Woli, który przyjechał z własnym sprzętem (jako jedyny poza nami). Michał zlekceważył małego chłopca, ale nigdy nie lekceważ Yody. Wygrał oczywiście, bodaj 21:10, ale to nie była gra z baby-Yodą, raczej z młodym padawanem.
W kolejnej rundzie na Michała wpadłem ja. Prowadziłem w meczu kilka razy, ale poległem do 17. Przy okazji dowiedziałem się, że Michał przejechał tu 200 km ze Stalowej Woli i myślał, że w stolicy będzie prawdziwy turniej badmintona na hali. A okazało się, że wyszła kometka na wietrze.
W finale z Michałem grała Kinga, przegrała do 15. Śmialiśmy się, że Michał ograł całą naszą rodzinę po kolei. No ale skoro przyjechał tu połowę drogi z Bieszczad do Warszawy, to mu się należało.

Fajny sport, który cieszy. Zdjęcia z biegu Małego Yody na dystansie 20 m przez płotki. Na pierwszym – Mały Yoda wyprzedza dwa razy większego chłopca, co napełniło mnie dumą. Na drugim – wygrywa z trzy razy większym tatą, co napełniło mnie dumą jeszcze większą. Miałem trochę wyższe płotki, ale naprawdę na dystansie 20 m już mnie przerósł mój młody padawan.
A zdjęcia poniżej z biegu Justyny i Przemka w Łodzi. Oboje przebili swoje (i moje) oczekiwania, a Justyna wręcz kosmicznie – zrobiła życiówkę i zajęła w wielkim biegu 7. miejsce w kategorii Mama. Super kategoria, brawo organizatorzy!



Pisałem już, że Justyna i Przemek wiele ze sobą przebiegli prowadząc często grupę na obozach biegowych KS Staszewscy. Czasem jeszcze ze Staszkiem albo z Pawłem G., z Michałem S., na pewno nie ze mną, bo trener-ślimok, zwłaszcza w górach.
Najbliższy obóz – ostatni w tym roku – zaczynamy w czwartek. Ten czwartek. Kinga uważa, że to bez sensu pisać, bo chociaż jeszcze miejsce by się znalazło to nikt się na takie very last minute nie zdecyduje. Ale właśnie dziś dołączyła do ekipy Iwona, więc może ktoś jeszcze wskoczy do Krutyni. Szczegóły TUTAJ.
Zapowiadają dobrą pogodę.