KS Staszewscy – Trenuj Bieganie

Maraton z nowym biodrem

Już jestem za metą, już stoper zatrzymany, idę na sztywnych nogach, za barierką pełno ludzi. Mam tyle emocji, że chcę coś do nich krzyknąć. Wiem co. „Ludzie, mam endoprotezę! Mam endoprotezę stawu biodrowego!”. I tylko poczucie nadmiernego obciachu każe mi się nie wydzierać – ale wiem, że to napiszę na blogu.

To nie był zwykły bieg. Maraton Warszawski, a którym linię mety przekroczyło – po raz pierwszy w historii Polski – ponad 10 tys. ludzi! Marzyło mi się to latami, od kiedy zacząłem biegać w Maratonie Warszawskim organizowanym dla kilkuset biegaczy, od kiedy czytałem, że w Berlinie biegnie nawet 15 tys. osób, od kiedy w gazetowej akcji Polska Biega napędzaliśmy modę na bieganie, na maratony, od kiedy planowałem sobie, że jak będę miał więcej kasy, to pojadę chociaż do Wiednia, bo tam startowało wtedy aż 6 tys. ludzi. I po tylu latach marzenie się spełniło. Mamy bieg na europejskim poziomie. Pierwsza do Europy weszła polityka, za nią społeczeństwo, później bieganie, a teraz maraton w mieście moim a w nim.

Po to człowiek trenuje miesiącami, żeby wystartować w maratonie. A w maratonie biegnie po to, żeby poczuć magię 40. kilometra. Już wiadomo, czy ściana cię zmiotła i rozjechała jak walec, czy trzymasz, czy przyspieszasz, czy jest coś, o co walczysz. Dla mnie – zawsze jest.

Więc jestem myślami w niedzielę już na końcówce maratonu, na Krakowskim Przedmieściu. Grupa na 3:25:00 odjechała, ale pojawia się dziewczyna z warkoczykami, Ania, pamiętam ją z początkowych kilometrów. Wyprzedza mnie, ale podrywam się, biegniemy kilometr razem, gadamy o jej życiówce (3:27 – poprawi ją o minutę), a potem cisnę, bo z matematyki wychodzi, że wróciła szansa na złamanie chociaż 3:26. Kilometr w 4:44, ostatnia dwusetka w 4:06 – całość w 3:26:01.

Mały niedosyt, bo trzymałem grupę na 3:25 od początku na wyciągnięcie ręki, ale 10 kilometrów przed metą zaczęło mnie mocno kłuć z tyłu uda (półbłoniasty/półścięgnisty). Czyli o włos, o małe włókno mięśniowe od tego, co zatrzymało mnie na treningu w sierpniu i spowodowało tydzień przerwy. Wytrzyma? Biegnę ostrożniej, z lewej nogi odbijam się lżej. I chorągwie na 3:25 znikają.

A szkoda, bo to był mój plan – złamać 3:25. W marzeniach – poczuć się tak lekko na półmetku, żeby dogonić grupę na 3:20. A plan B, złamać 3:30. Biegłem z tymi liczbami w głowie i zrozumiałem: Maraton Wraca Do Domu. Dałbym to nawet na tytuł, gdyby nie biodro.

Od mojego trzeciego maratonu, a było to w roku 1997, celowałem w ten przedział – złamać 3:20, a przynajmniej 3:30. Przypominały mi się wszystkie niedosyty, które latami przeżywałem. Pobiegnięte z dużym wysiłkiem 3:19 we Wrocławiu gdzieś koło 2003 roku. Standardowe trzy trzydzieści parę. Lepsze biegi, gdzie było niecałe sto sekund nad 3:20. To jest mój normalny poziom biegowy, mój sportowy matecznik – okolice 3:20-3:30. Potem wskoczyłem do innej ligi, łamałem trójkę albo walczyłem o jej złamanie. A teraz wracam do domu, tam gdzie moje miejsce.

Za rok spróbuję wskoczyć poniżej 3:15, to będzie mój cel. Ale te cyfry nie są już teraz tak ważne. Kiedyś bym sobie długo wyrzucał tę sekundę, tę minutę powyżej własnej poprzeczki. Ale teraz myślę o całym ostatnim roku.

Rok temu też pobiegłem w maratonie, dobiegłem w 3:38. Na końcówce utykałem na lewą nogę jak statek pijany nawet o tym nie wiedząc. Tydzień później fantastyczni lekarze w Szpitalu Południowym urżnęli mi główkę kości udowej i wstawili endoprotezę stawu biodrowego. To jest zabieg, po którym niektórzy ludzie stają się w głowie niepełnosprawni. Mobilność nogi jest większa, ale oni już nie pójdą na dłuższy spacer, już nie dadzą rady się schylić, a na rower panie gdzie tam.

Poczułem dużo dumy z siebie – że nie tylko nie poszedłem tą drogą, ale dokładnie odwrotną. Rehabilitację zacząłem na sali pooperacyjnej (spięcia pośladków), potem były tygodnie pracy ze wspaniałą fizjoterapeutką Alicją, pierwszy rower jesienią, pierwsze bieganie w zimie, pierwszy parkun w styczniu. Zaczynałem w tempie o dobrą minutę wolniejszą od tego, w którym pobiegłem teraz maraton.

Wiosną niezła dycha, coraz szybsze parkruny. Coraz mocniejsze, coraz cięższe treningi wytrzymałościowe. Walka o tempo 6:15 na długich wybieganiach, w końcu treningowy półmaraton poniżej 6:00, ależ byłem wtedy dumny. Start w półmaratonie trochę poniżej oczekiwań, nie dający prawa myślenia o 3:15, a nawet 3:20, ale z perspektywą solidnego złamania 3:30, a może nawet 3:25.

Znów jestem jak wspinacz na ścianie – idę do góry. Może nie tak efektownie i nie tak wysoko jak kiedyś, ale idę. Założyłem stanowisko i będę próbował się od tego odbić w kolejnych miesiącach. Bo cele, droga do nich, walka o ich osiągnięcie – to dla mnie życie. I nadal żyję – z endoprotezą. I jestem dumny z tego, co osiągnąłem, nawet jeśli cyferki mogłyby być lepsze. O lepsze jeszcze powalczymy.

Jak Was zapytają, co można robić z uszkodzonym biodrem, to odpowiedzcie, że wiecie. Najpierw operację, a potem maratony. A tu mogę napisać to, czego nie krzyknąłem w niedzielę na Świętokrzyskiej: „Ludzie, przebiegłem ten maraton z endoprotezą!”.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *