debata – 14 października 2007

Bez sensu jest bieganie dzień po dniu takich samych treningów. Ale czasem człowiek robi coś bez sensu. Piątkowy ranek był zimny i deszczowy. Spotkaliśmy się pod Gazetą z biegającym szefem i polecieliśmy ścieżką rowerową wzdłuż Trasy Siekierkowskiej. Tempo około 4:50 na kilometr, dla mnie idealne, a dla sportowego szefa spełniające aspiracje. Mój biegający szef jest klasycznym przykładem zbyt szybkiego biegania na treningach, a ja – zbyt wolnego (to zresztą rzadszy przypadek, zwykle ludzie trenują zbyt szybko). Razem jesteśmy przykładem kompromisu, jak przyszła koalicja rządząca. Żeby nie zmoczyć butów w trawie pobiegliśmy konsekwentnie po ścieżce. Na drugą stronę Wisły i tam ścieżką po Wale Miedzeszyńskim tam gdzie patrole zawracają. Tempo na półmetku około 4:50 na kilometr. Powrót tą samą drogą i w tym samym tempie, na koniec tylko zrobiliśmy sobie 200-metrowy wyścig do kładki nad Czerniakowską, dochodząc do tempa lepszego niż w wyścigu na 10 km. Potem oczywiście konieczne parominutowe roztruchtanie i rozciąganie na parkingu Gazety. Dystans 18 km z kawałkiem, czas 1:30.  Wieczorem wyszło słońce. Po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy udało mi się coś wygrać w polityce. Bo ja wszystkie wybory od lat, poza referendum europejskim, przegrywam. Tym razem mój kandydat celnie wypunktował nie mojego mimo pewnego osłabienia na początku drugiej rundy. Przez całą debatę wymienialiśmy esemesy z Dzikim, moim biegającym przyjacielem. I sobotę rano też zaczęliśmy od tego tematu, wspominania ciosów o niewybudowanych 300 milionach mieszkań, a zbudowaniu tu drugiej Anglii i o polskich drogach, na których nasz faworyt (w odróżnieniu od swojego oponenta) jest kierowcą. Przejechaliśmy się z Dzikim do Puszczy Kampinoskiej. Pogoda piękna, słońce na niebie. I znów był ten sam trening, 1:30 w tempie tym razem trochę wolniejszym. Chciałem namówić Dzikiego na BNP, bieg z narastającą prędkością, który zaczyna się w I zakresie (powiedzmy 30 minut), potem w II zakresie biegnie się powiedzmy 45 i kończy 10-15 minutowym odcinkiem w III zakresie. Ale Dziki w to nie wszedł, bo ostatnio nauczył się biegać trochę wolniej i rozkoszuje się tym silnie. Trochę przyspieszyliśmy jakieś pół godziny przed końcem treningu, a na koniec zrobiłem sobie sam 5 minut sprintu. Wyszło coś, co nazwałbym biegankiem z narastającą prędkością. Słońce utrzymywało się na niebie też wieczorem i miało na imię Euzebiusz Smolarek. Oglądaliśmy to razem z biegającym Michałem z Gazety oraz jego kolegą. Wieczór zakończyliśmy zawodami na atlasie w mojej małżeńskiej sypialni. Niedziela jak z reklamówki LPR. Na niebie znów słońce. Rano do kościoła, potem rodzinne spotkanie z Dzikim i jego rodziną. Poszliśmy na spacer (brrr, nie lubię spacerów) do Lasu Kabackiego. Ale nie był to na szczęście zwykły spacer – żona Dzikiego w pewnym momencie zrzuciła kurtkę i pobiegła na 15 minut przed siebie. A my z Moją Sportową Żoną, Dzikim i córką przedszkolakiem w różnych konfiguracjach bawiliśmy się piłką do siatkówki Mikasa, pamiątką z tych cudnych urodzin. Czasem trzeba odpocząć od biegania, to regeneracja konieczna do kolejnych treningów. Ale trochę nas po południu nosiło. Skoczyliśmy na podwórko pograć chwilę w badmintona. Po raz pierwszy zdarzyło się, że przystanął koło nas mieszkaniec i dziwił się, jak to fajnie można sobie rozłożyć siatkę. Może w V RP zmienią się hierarchie wartości i więcej ludzi będzie odbijać lotkę przez blokiem?Â

Updated: 12 marca 2009 — 18:55

Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.

Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.