Dziewczyny, co wy robicie? My wykonujemy tradycyjne męskie zajęcia, np. biegamy, oraz nietradycyjne męskie zajęcia, np. robimy ziemniaki pieczone, sałatkę grecką, sos tzatziki oraz opiekany ser feta w ramach tzw. przyjacielskiej kolacji. Bo ja nie rozumiem, dlaczego 80 proc. osób mijanych na ścieżkach biegowych, to faceci. Również rano, bo jak wiecie, ja biegam również rano. Kiedy wydawać by się mogło, że wszyscy faceci są tradycyjnie w pracy, a pewien odsetek kobiet zajmuje się domem, więc dlaczego przez godzinę nie miałoby się zająć własnym zdrowiem i formą. Kiedyś czytałem, że w cywilizowanym świecie kobiety stanowią 50 proc. uczestników biegów masowych, a u nas bodajże 5 proc. W środę spotkałem w lesie kilku biegaczy i jedną panią z pieskiem. Uprawia marszobiegi, widuję ją od jakichś trzech miesięcy. Wydaje mi się, że objętość odcinków biegowych w jej rekreacji wzrasta. I tak trzymać. Zrobiłem sześć pięciominutowych odcinków czyli kilometrówek z hakiem. W książkach sportowych zwykle mówi się o kilometrówkach, 400-metrówkach, osiemsetkach. Ale skąd człowiek biegający w terenie, a nie po stadionie, na nieoznaczonej trasie i bez GPS-u ma to wiedzieć? Dlatego wszelkie interwały mierzę sobie na zegarku, a nie metrem krawieckim. Na wymierzonych odcinkach w Lesie Kabackim złapałem tempo – jeden kilometr zrobiłem w 4:10, następny w 4:06. Dobrze, chociaż w niedzielnym biegu zamierzam 15 kilometrów i to ciągiem robić w tempie poniżej 4:00 kilometr. Nigdy tego nie rozumiem, jak ja daję radę biec na zawodach wiele kilometrów szybciej niż kilometr na treningu. Między kilometrówkami miałem dwie minuty przerwy w truchcie. To tzw. trening interwałowy, krzywa zmęczenia idzie w górę, bo przerwy nie są zbyt długie, uczymy organizm dawać sobie radę z tym samym oporowym tempem przy coraz większym oporze. Wcześniej był spokojny dobieg do Lasu Kabackiego i jeszcze trochę biegania po lesie. A w drodze powrotnej, żeby nie było zbyt sofciarsko sześć 30-sekundówek na maksa z półminutowymi przerwami w truchcie. Pod domem jak zwykle trochę pajacowania na rozluźnienie. Wieczorem mieliśmy spotkanie towarzyskie ze znajomymi – ona niesportowa, on raczej tak, ostatnio uprawia głównie siłownię i chyba przypakował, bo nikt na oko nie dałby mu stu kilo żywej wagi. Dokładnie 96, ważyliśmy się wczoraj w trakcie kolacji. Ja osiągnąłem rekord – 64 kg w ubraniu (przy wzroście 173 cm). Moja Sportowa Żona, to fitnessowa kruszynka – 51 kg, 160 cm. Niesportowa znajoma to istna dżdżownica – wzrostu prawie mojego, a waży parę kilo więcej od MSŻ. Kolację przygotowaliśmy ze sportowym znajomym, bo na poprzednim spotkaniu kobiety robiły żarcie. Tym razem kobiety oglądały zdjęcia na naszej klasie i zajmowały się podobnie nietradycyjnie kobiecymi zajęciami. A my kucharzyliśmy. Ściślej znajomy był szefem kuchni, opracował menu, a ja nająłem się za kuchcika. Całym sercem jestem za równouprawnieniem, więc dziewczyny, wybiegajcie z chałup. Nie dajcie się zamknąć w najcieplejszych nawet gniazdkach albo gorsetach obowiązków. Zaraz idziemy z MSŻ na badmintona (to jedyny sport dziś, od biegania było wolne). Ponieważ jak wiecie, ona nie umie przegrywać, więc oddałem jej wszystkie mecze walkowerem. Odbędą się tylko spotkania towarzyskie, kompletnie nieistotne. Równouprawnienie nie obejmuje u nas gier halowych, tu wymaga się ode mnie, bym był dżentelmenem starej daty i ustąpił damie. Â
Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.
Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.