O 11. były dziś zawody w Kabatach. Więc biegaliśmy od 10.15. Dwa dni temu zadzwonił do mnie biegający szef: – Słuchaj, a może byśmy w sobotę… – W sobotę jest dycha w Kabatach. – Wiem. I dlatego mam pewien pomysł. Spotkaliśmy się przy szlabanie o 10.15. i ruszyliśmy na ośmiokilometrowe bieganie po lesie. W łagodnym pierwszym zakresie, więc przy okazji można było pogadać o polityce startowej (dziś ostatni start przed maratonem, potem lekkie treningi, trochę krótkiego biegania w tempie na maraton) oraz polityce polskiej. Wiem, że zaglądają tu czytelnicy różnej maści, więc nie będę się pastwił nad braćmi K., ale powiedzcie sami: co się takiego w tym kraju stało, że jak dziesięć lat temu wybuchła kwestia inwigilacji prawicy przez pułkownika L., to była wielka afera, a teraz podsłuchy swoich na swoich, jednych na drugich, telefony dziennikarskie na podsłuchu, taśmy nagrywane po kryjomu – i nic, norma, wszystko w porządku. Co się stało, że się ta polityka tak skundliła? Przy okazji dowiedziałem się, że Krzysztof L., z którym jechaliśmy razem na półmaraton w Sochaczewie nie był dziennikarzem telewizyjnym, tylko politykiem. I to w czasach, kiedy taki np. ja o rządzie mogłem powiedzieć "mój rząd". Dobiegliśmy na start, zapisaliśmy się na bieg, zapewniając się nawzajem (aż się boję, czy na pewno tak się pisze nawzajem, a korekty tu nie ma), że biegniemy po wolutku. Biegający szef dotrzymał słowa głównie dlatego, że po drodze spotkał znajomą z Sochaczewa i prowadził ją na życiówkę, którą poprawiła o półtorej minuty. Ja nie dotrzymałem, bo jak chciałem prowadzić do zwycięstwa wśród kobiet koleżankę z Kabat, to ona stwierdziła, że woli biec sama, co ze zrozumieniem przyjąłem i wyrwałem do przodu. A potem zobaczyłem 50 m przed sobą pomarańczową koszulkę mojego rywala F. i gnałem za nim przez 5 km. Kończyliśmy razem, na finiszu znów przegrałem, ale na maratonie się odkuję. Czas 37:34, a chciałem biec na 39:30 czyli w tempie planowanym na maraton. Wyszłoby 38 z kawałkiem, ale przez to ściganie z F. ostatni kilometr zrobiłem najszybciej w historii moich startów w Kabatach. Kocham się ścigać. Wieczorem treningu nie było, bo dziś jest podczas mojego obozu dzień odpoczynkowy. Jutro ostatni mocny akcent. A potem delikatne szlifowanie formy przed maratonem. Bo nie wiem, czy znacie tę zasadę, że w ostatnim tygodniu przed docelowym startem, to już niczego nie można poprawić, można za to sporo zepsuć. Â
Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.
Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.