smś – 21 kwietnia 2007

– Tato, SMŚ to Sobotnie Mistrzostwa Świata – zapytała mnie córka gimnazjalistka w samochodzie rano.Jechaliśmy na SMŚ czyli Spontaniczne Młocińskie Ściganie. Te zawody postawione na głowie, o których nie raz pisałem, ale że nie ma obowiązku pamiętać, to jeszcze raz napiszę. Dystans: 10 km. Miejsce: Park Młociński, prawie trzy pętle. Czas: no właśnie. Każdy deklaruje czas, w jakim pobiegnie i potem osoby, które chcą przebiec dychę w godzinę startują o 9.15, w 55 minut – o 9.20, w 50 minut – o 9.25, w 37 minut o 9.38 (to ja), a w 36 i pół minuty – o 9.38.30 (to Pit).Dzięki temu wszyscy wbiegają na mecie mniej więcej w tej samej chwili. Jest zupełnie inaczej niż na normalnych wyścigach. Bo normalnie startuje wielka grupa, a potem biegacze się rozciągają, szybsi uciekają do przodu, wolniejsi zostają. Alienacja narasta z każdym kilometrem. Emocje spadają jak w stygnącym i rozszerzającym się wszechświecie.A tu? To tzw. bieg na dochodzenie zwany też czasem "pogonią za zającem". Startuję i nikogo nie widzę przed sobą. Piotrek Sz., który miał biec minutę przede mną (zamierzał przebiec dychę w 38:00) nie dojechał. Więc nikogo nie widzę i tylko wiem, że pół minuty za mną leci Pit (kompletny ekstremalista, którego poznałem, kiedy zrobił sobie w tychże Młocinach bieg na 200! km, a ja to opisywałem do "Gazety"). Takiego samotnego biegania nie lubię, więc biegnę za wolno, Pit dochodzi mnie po dwóch kilometrach i grzejemy razem. Żeby z nim wygrać, muszę mu potem o te 30 sekund uciec. Na razie biegniemy razem, pierwsze kółko Pit robi szybciej niż chciał (wyliczył sobie dokładnie międzyczasy, bo atakuje rekord życiowy). Na drugim wsłuchuję się w jego maksymalnie zasapany oddech, dobra nasza będę mu uciekał. Próbuję, zyskuję paręnaście metrów, ale na początku trzeciej pętli Pit znów jest tuż za mną.Tylko teraz już jest łatwiej, bo grupka biegaczy zaczyna gęstnieć. Doganiamy tych, którzy wystartowali parę minut wcześniej, ale biegną o parę minut wolniej. Biorę sobie na cel pierwszego, przyspieszam, doganiam, wyprzedzam, następny, doganiam, wyprzedzam itd. A Pit ciągle siedzi mi na plecach jak meserszmit.OK, nie ucieknę mu o te 30 sekund, nie odrobię straty. Ale postanawiam, że chociaż nie dam mu się wyprzedzić na finiszu. Zaczynam sobie układać w głowie, że mu powiem coś w stylu, że mnie nie przejdzie, chyba że po moim trupie. A tu Pit "idzie w trupa", przelatuje koło mnie. Zyskuje jakieś 5-7 metrów, a ja odzyskuję spokój oddechu i duszy. I dociskam.Na metę wpadam jak luftwafe. I ląduję miękko na trawie rozkładam ręce jak skrzydła i dyszę. Pit wbiega dwie sekundy za mną. Z nową życiówką 36:44, poprawioną o cztery sekundy.Fajnie było być dziś zającem Pita.Â

Updated: 12 marca 2009 — 18:55

Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.

Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.