zabawa – 20 stycznia 2008

Przepraszam, że popsułem ci zabawę – tak mi się nagrał po niedzielnym Biegu Chomiczówki biegający szef. Popsuł, zwłaszcza ściganie z Danielem. Miałem za to inny fun Właśnie byłem w knajpie z przyjacielem z liceum. Nie uwierzylibyście, że miał wtedy ksywkę Chudziutki, bo brzuch mu wisi jak w siódmym miesiącu. Na jesieni próbował biegać, ale stopa mu zaprotestowała. Teraz robi pompki i brzuszki, żeby tłuszcz zamienić na mięśnie. Moim zdaniem takie przemiany nie zachodzą. Ale dobrze, że cokolwiek. Żeby nie zostać lada rok niesprawnym starcem, który bez samochodu nie może się przemieścić. Był dziś Bieg Chomiczówki. Rozumiem kierowców, których wkurza, że nie mogą wtedy przejechać po ulicach, bo przecież mają swoje sprawy, plany. Ale kiedy oni zaczynają trąbić, to słyszę w tym trąby jerychońskie całego niesprawnego społeczeństwa. Bliskiego zawałowego stresu, kiedy my biegamy po zdrowie. Nie tylko dla siebie, ale manifestujemy ten sport, żeby ludziom brzuchy nie wisiały, żeby chociaż robili w domu pompki i brzuszki zanim ich ciało będzie się nadawało tylko do przetopienia na smalec. Bieg Chomiczówki, pierwszy sprawdzian sezonu. Jaki efekt przyniosły długie wybiegania. Pobiegłem blisko minutę lepiej niż rok temu, drugi wynik w życiu, lepszy miałem tylko w sezonie, w którym w zasadzie nie zrobiłem sobie przerwy jesiennej. Ile? Napiszę, ale wy się też w komentarzach pochwalcie – wynikami z Chomiczówki albo innych weekendowych sprawdzianów. 58 minut 36 sekund, taki czas netto. Brutto mam ponad godzinę, bo mi biegający szef popsuł zabawę. Zadzwonił do mnie, kiedy dojeżdżałem rano do biura, czy bym mu nie odebrał numeru. Odebrałbym. Dochodzę w kolejce, dzwonię to biegającego szefa, wpisuję jego dane w formularz, tłumaczę jeszcze jak dojechać (Bielany to moje rodzinne strony, do dziś mieszkają tam moje starsze dzieci). Płacę wpisowe za nas obu, mam oba numery w ręku. I czekam. Kwadrans do biegu, dzwonię, biegający szef nie odbiera. Upss. Zaczynam go szukać w tłumie, proszę spikera, żeby ogłosił, sprawdzam w biurze zawodów, na starcie. Biegającego nie ma. 650 biegaczy rusza, ja zostaję, bo i tak czas mierzą chipy. Wypatruję, nie ma. Znajduję za to znajomego, który występuje w roli fotografa i zna biegającego szefa z widzenia. Zostawiam mu numer i ruszam z blisko dwuminutowym opóźnieniem. Mam trochę zepsutą zabawę, bo nie pościgam się z codziennymi rywalami. Ale mam za to inny, matematyczny bonus. Bo wyobraźcie sobie, że w jakimkolwiek biegu startujecie ileś sekund za swoją grupą. Co się będzie działo? Dobiegniecie tyle samo sekund za tą grupą, a przez cały bieg będziecie wyprzedzać biegaczy wolniejszych. Matematycznie proste. Wyprzedziłem więc ponad pół tysiąca ludzi. Mnie przegonił tylko jeden zawodnik w czerwonej czapeczce na finiszu. To też jest niezła adrenalina, bierzesz na celownik i doganiasz. Z jaką łatwością, jakbyś się właśnie urodził. Przy rytualnej grochówce spotkałem Daniela. Tego, którego wciągnąłem w bieganie trzy i pół roku temu, który pierwszy maraton pobiegł, wbrew moim przestrogom, po dwóch miesiącach treningów, i to w niecałe cztery godziny. Który w poprzednim sezonie był o krok od złamania trzech godzin. Który raz mnie pokonał na maratonie, kiedy pobiegłem fatalnie (Rytro 2006), ale przy mojej dobrej dyspozycji nie miał ze mną szans. Teraz Daniel miał czas netto gorszy od mojego o 11 sekund. Gdybyśmy biegli na żywo, walczylibyśmy w zasięgu wzroku. I różnie by to się mogło skończyć. Jeszcze dziś z nim wygrałem. Ale w tym roku będziemy się już ścigać. Ze swojego biegu jestem zadowolony. Czas niezły. Będzie się od czego odbić. Â

Updated: 12 marca 2009 — 18:55

Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.

Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.