Trochę jak idiota chodziłem dziś po Piasecznie i pytałem ludzi, czy idą na wybory, czy nie. Aż spotkałem faceta w czerwonej koszulce. Ranek zacząłem od rozbiegania – czyli wycieczki po samochód na Sobieskiego (patrz: wyjaśnienia wczoraj). Przebiegłem skrajem Pola Wilanowskiego, na którym jeszcze nigdy nie byłem – w rogu między Aleją Wilanowską i Doliną Służewiecką. Fajna ścieżka, z jednej strony apartamentowce, z drugiej strumyk. To był łagodny bieg bez ambicji, 30 minut rozluźnienia. To już nie te "zakwasy" (naprawdę to mikrourazy, a nie kwas mlekowy, jak się mówiło jeszcze 10 lat temu), co kiedyś. Pamiętam jak z Jackiem maratończykiem spotkaliśmy się na schodach po jednym z naszych pierwszy maratonów. Obaj szliśmy na obiad, ja z trzeciego piętra, on z drugiego. I obaj schodziliśmy ze schodów tyłem. Czym więcej trenujesz, tym mniej odczuwasz skutki biegu. Więcej: tym maraton jest łatwiejszy. Biegniesz szybciej, w trzy godziny, ale to jest mniej męczące niż bieganie w cztery nie mówiąc już o pięciu. Do mety dobiegasz zmęczony, ale nie przeżywasz kilkudziesięciominutowego cierpienia. No, chyba że to maraton w Rytrze, biegłem tam półtora roku temu, wtedy ostatni raz maraton się po mnie przejechał. Popołudnie spędziłem w pobliskim Piasecznie. Pytałem ludzi, czy będą głosować, a jeśli nie, to czy porozmawiają z dziennikarzem. Efekt był średni, sporo odmów, chociaż z dwoma osobami umówiłem się na wieczór, z jedną pogadałem przy jej warsztacie pracy (poprawki krawieckie). Kiedy już trochę opadały mi ręce zobaczyłem nagle za sobą na ulicy faceta w czerwonej koszulce. Wypaliłem ze stałym pytaniem i to był strzał w dziesiątkę. Facet w czerwonej okazał się kontaktowy. Z zawodu policjant, co było ciekawe. Rozmowa od początku się kleiła, usiedliśmy na colę (tak, wiem, to niezdrowe) i gawędziliśmy o tym, tamtym. I okazało się, że facet w czerwonej wczoraj też przebiegł Maraton Warszawski, złamał 3:30. A teraz chciałbym podjąć pewne zobowiązanie. Nie wiem, czy uda mi się go dotrzymać, ale PiS też nie dotrzymał przedwyborczych obietnic, a ma trzydzieści parę procent poparcia. Zobowiązuję się nie użyć już w tym tygodniu ani razu słowa "maraton". Bo ostatnio dużo pisałem o tym dystansie, opowiadałem o mega długich wybieganiach. A to nieprawda, że tytuł biegacza przyznają dopiero po ukończeniu biegu na 15 albo 10 km. Biegacz może biegać rzadko, może biegać mało. Ale to co nas łączy, to przyjemność fazy lotu. Radość osiągana w momencie, kiedy odbijamy się z jednej nogi, a jeszcze nie wylądowaliśmy na drugiej. Między ustami a brzegiem pucharu, że zacytuję tytuł książki, której grzbiet pamiętam z dzieciństwa, stała na półce. Polska biega. Naprawdę można to zobaczyć – na osiedlu, w Lesie Kabackim, wszędzie – chociaż na razie trzeba się trochę poprzyglądać. Więc ja bym chciał, żeby Polska biegała z przyjemnością, truchtała przez 15 minut, trenowała po 30, wybiegała na godzinne wycieczki. I spróbowała też zmierzyć się ze sobą oraz z sąsiadami. Nie wiem, czy ta metafora nie prowadzi mnie już do konfrontacji polsko-niemieckiej. Tu jesteśmy przegrani, bo w biegu na dystansie 42 km w Berlinie startuje dziesięć razy więcej ludzi niż w analogicznej imprezie w Warszawie. Ale za pięć-sześć dni odbędzie się w Polsce wydarzenie na dużą miarę. W 300 miejscowościach ludzie będą biegać. Ciekawe czy w Piasecznie też? Â
Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.
Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.