ekiden – 22 września 2007

Ekiden wymyślili chyba Japończycy. A przynajmniej upowszechnili sztafetę maratońską jako najlepszą formułę dla sportu korporacyjnego. To było ze dwa i pół roku temu. Na spotkanie w mojej macierzystej korporacji przyszli szefowie Maratonu Warszawskiego. Moja macierzysta redakcja była wtedy patronem maratonu, a mój biegający szef miał już zaliczony półmaraton i przymierzał się do całego. Zaczęliśmy od burzy mózgów i padło w niej hasło Ekiden. To sześcioosobowa sztafeta maratońska: pierwsza osoba biegnie 5 km, następna 10, potem 5, potem 10, znów 5 i na koniec 7,2 km. Razem maraton. Podobno szalenie popularne w Japonii i innych azjatyckich tygrysach. Bo tam nie ma tak jak u nas osiedlowych klubów biegacza i temu podobnych stowarzyszeń, tylko biegacze reprezentują swoje korporacje. I oto wypełnia się proroctwo Lecha Wałęsy sprzed ćwierćwiecza: stajemy się drugą Japonią. Wczoraj na Podzamczu pobiegło sto sztafet. Jezu, jak ja to przeżywałem. Od rana obdzwaniałem biegaczy z pracy. Nie mogli dziś pobiec, ale obdzwaniali swoich znajomych, którzy też nie mogli. W końcu znalazł się nowy biegający kolega z redakcji sportowej Metra (ta sama korporacja). I przed 14. zaczęliśmy się schodzić na biegowym pikniku. Wiecie co lubię w bieganiu? Mnóstwo rzeczy, ale to co było dziś bardzo przyjemne to poczucie wspólnoty. Byliśmy jak wielki obóz sportowy. A w dodatku na tym obozie byliśmy jednym sześcioosobowym zastępem. No i ja byłem przy tym zastępowym, to fajna odmiana, bo u nas w domu zastępowym jest Moja Sportowa Żona. Pobiegliśmy na miarę naszych możliwości, chociaż trochę poniżej moich oczekiwań. Najlepszy wynik naszej korporacji sprzed dwóch lat wynosił 3:28 z hakiem. Dziś zrobiliśmy 3:19:55. Ale liczyłem na złamanie 3:10. Miejsce zajęliśmy 43 na 100 sztafet. Jako cel postawiliśmy sobie bycie w pięćdziesiątce, chociaż ja wymarzyłem sobie pierwszą czterdziestkę. Fajne było, że każdy na mecie był czerwony z wysiłku. Dał z siebie wszystko. Tylko ja nie, ale deklarowałem to od początku – że w związku z niedzielnym maratonem biegnę na 90 proc. możliwości. Zrobiłem te 7 km w niecałe 29 minut. Czyli tempo około 3:58 na kilometr. Oj, chciałbym tak jutro przebiec maraton. Przez siedem kilometrów to tempo było rozkoszne. Fajny jest taki bieg nie na zamordowanie się, tylko z luzem. Rozglądałem się po mieście, nogi odbijały mi się same od asfaltu, a buzia sama się śmiała. Teraz jeszcze zostało mi pogranie w balonika z córką przedszkolakiem. Bo zapamiętała, że dziś rano odbijaliśmy sobie z MSŻ piłkę do siatkówki i też tak chce. MSŻ szykuje rolki na jutro. Ja zjadłem już makaron, jeszcze wypiję parę herbat i będę do biegu gotowy. A jutro start. Â

Updated: 12 marca 2009 — 18:55

Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.

Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.