Jezusicku (jak mówią na Podhalu), ale mi się dziś nie chciało biegać. W poprzednim odcinku było tyle o życzeniach, że zapomniałem napisać o bieganiu. W poniedziałek zrobiłem znów kombinację beskidzką. Pojechaliśmy rano prawie całą rodziną na narty (w wigilię wyciąg chodził do 14.) – pod Maciejową to ok. 7 km, tyle, ile mam z Ursynowa do Gazety. Po czym wróciłem biegiem krążąc jeszcze trochę po Rabce. Godzinny trening z sześcioma seriami siły biegowej (skipy A, skipy C, skipy B i wieloskoki – jedna seria ok. 2 minut). A żeby nie było nudno na koniec zrobiłem sobie dwanaście ultramaksymalnych przyspieszeń po 10 sekund z 50-sekundowymi. Dlaczego? To trening szybkości (można to trenować na kilkudziesięciometrowych odcinkach), a trener R. zaleca, żeby trochę szybkości – większej niż potrzebna potem na starty – włożyć w plan treningowy właśnie teraz. To nowość, guru Skarżyński szybkość dodawał w okresie przedstartowym. Mam ochotę spróbować teraz innej filozofii, jeszcze o tym tu kiedyś pofilozofuję. Wtorek – czyli w pierwszy dzień świąt – odpuściłem, zamiast treningu było po śniadaniu rodzinne wyjście do kościoła. Niestety msza poranna była całkiem warszawska – nie to, co pasterka rok temu. Wtedy czułem się jak na Discovery, ten góralski obrządek, ten śpiew ze szczerego serca i głębokiego gardła. Trochę tego Discovery było za to przy wigilijnym stole, na pożyczonym od maratończyka z radia (dzięki!) sprzęcie, nagrałem Moją Sportową Żonę z siostrami i rodzicami, jak śpiewają Oj Maluśki, Maluśki, jako rękawicka. W środę MSŻ wzięła córkę przedszkolaka na mały dziecinny stok z koleżankami i ich dziećmi. A ja na Maciejową, na Stare Wierchy, a potem trochę nowym szlakiem, trochę drogą na azymut do Ponic i z powrotem. 2 godziny 12 minut, czyli prawdopodobnie półmaraton. Na koniec trzy minutowe przyspieszenia plus parę minut roztruchtania, rozluźnienia, podskoków i rozciąganie w domu. A dziś mi się nie chciało. Pojechaliśmy po południu na ten sam dziecinny stok (narty z dorosłymi zaliczyliśmy rano) bez nart, a ja w butach biegowych. Bo jedno, że się nie chce, można sobie na takie uczucia pozwolić. Ale drugie, że się trenuje, bo nie można sobie pozwolić na stratę treningu, tylko z powodu lenistwa. Wróciłem ze stoku przez białe pola, po górskich bezdrożach. Jezusicku, jak cudnie. Miękko jak poduszkowiec, ale w nogach czułem, że maszynownia pracuje szczególnie mocno, bo bieganie w kopnym śniegu nie jest łatwe. Zachodziło słońce i ciemny zarys Babiej Góry obmalowanej czerwonym pasem (jak z tej huculskiej przyśpiewki) malował się tak cudnie, że daltoniści odzyskiwali wrażliwość, a znużeni odzyskiwali moc. Zbiegałem trochę lasem, trochę zamarzniętym korytem strumienia, trochę dziwną drogą, wszystko już w ciemnościach. Na koniec cztery półminutowe przyspieszenia i półtoragodzinny trening zaliczony. Naprawdę mi się dziś nie chciało. Bo takie trenowanie bywa bardzo nużące. Tyle czasu, tyle ruchów mięśni, tyle wysiłku. A zero bonusa. Bo nagroda jest odsunięta, nagrodą będą wyniki na wiosnę. Zimowe biegi to po pierwsze rzadkość, a po drugie tylko sprawdzian formy. W imię patriotyzmu lokalnego chciałbym tu zareklamować bieg sylwestrowy na Kabatach – w najbliższą sobotę. Zaczyna się ok. 9 (każdy sam deklaruje godzinę startu), a kończy się o 10., kiedy w ciągu kilkudziesięciu sekund wszyscy powinni wpaść razem na metę. Więcej informacji na www.laskikabackie.republika.pl. Ja akurat w sobotę będę miał prawdopodobnie przerwę w treningach. Nie z powodu lenistwa, tylko dla odpoczynku. Liczymy, że uda nam się wtedy pojechać na narty pod Zawoję – na nowo otwarty stok Mosorny Groń. Â
Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.
Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.