saleta – 18 grudnia 2007

Czasem nienawidzę tej pracy. Pisz o Salecie, pisz o Salecie. Ta śpiączka, ta nerka, o Jezu, o rany. No to piszę, bo śpiączka, bo nerka. Jak dziecko cieszę się, że dotarłem do jego wychowawczyni, chociaż w szkole podali mi tylko nazwisko i skłamali, że nie mają do niej numeru. Do szkolnych kolegów. Do znajomych z ringu. Każdy coś o nim powie, układa się z tego obrazek, jaki jest Przemysław. W poniedziałek rano rezygnuję z biegania, raz przez brak siły po rotawirusie, dwa przez to, że o 8.30 mam się spotkać z jego pierwszym trenerem, ale o 7.50 mam jeszcze zadzwonić i potwierdzić. Trener ma mnie gdzieś, nie odbiera, w końcu o 8.20 mówi mi, że jednak zaraz musi wyjechać z Warszawy, ale chce mi pomóc, to żebym zadzwonił o 21. Zgadnijcie, czy odebrał? Jeszcze drugi trener, mam zadzwonić o 10, żeby potwierdzić, czy się spotkamy o 13. Dzwonię, nie spotkamy się o 13., ale o 14, tylko żebym jeszcze o 13.30 zadzwonił. Ludzie, co za praca, poziom stresu jak w wieży kontroli lotów, gdybym nie miałe biegania, to bym chyba dawno eksplodował. Ok, spotykamy się, niewiele mówi, ale mam następne parę zdań tekstu. Zresztą tak naprawdę wszyscy, poza jednym może znajomym, niewiele mówią, bo Przemek taki gładki, jakby się wygolił właśnie maszynką Mach 3 (czy on tego nie reklamował?) do gołej duszy. Uprzejmy, miły, dobry uczeń, miły kolega, kochanek jak marzenie. Mąż do dupy, ale z byłymi żonami żyje lepiej niż niejeden facet z własną. Ale jakoś ten plastik próbuję obrabiać. Naświetlić, obnażyć, ukazać, opisać. Do trzeciej w nocy. Wtorek rano: Moja Sportowa Żona na fitness, ja na półtoragodzinny trening. Zaniosło mnie przez Pole Wilanowskie do wąwozów w Powsinie, to zrobiłem sobie tam 20 minut krossu (zbiegi, podbiegi, dużo bujania tętnem), wróciłem, na koniec 6 żywych przebieżek po 30 sekund z przerwą 30 sekund w truchcie. Pod domem trąbi na mnie srebrny Peugeot, to MSŻ wraca z zajęć. Najfajniejszy moment dnia, taki rodzinny powrót po porannym sporcie. A potem do roboty. Naświetlić, obnażać, ukazać. Skończyłem o osiemnastej. I przez chwilę poczułem, że są święta. I wieczór miał być tak piękny. Na 19. na trening do trenera R. Na szczęście tylko pół kilometra od domu, podbiegłem sobie. Na szczęście, bo trener R. nie przyszedł. Po prostu. Ja nie wiem, jak można tak robić, tak ludzi traktować. Żebym przyszedł na ten trening, MSŻ wzięła córkę przedszkolaka na wieczorne zajęcia, na szczęście w tym klubie jest kącik zabaw dla dzieci, więc córka przedszkolak godzinę wytrzyma. A tu trener po prostu nie przychodzi. Szanuję jego nauki, ale jako człowiek zaliczył u mnie punkty ujemne. Wracam, a tu na komórce wyświetlony numer szefa, niebiegającego. Dzwonię po dobrą nowinę. A jest zła. Tekst o Salecie do dupy. Zły, nie dotykamy jego wnętrza, nikt nie powiedział o nim cienia obserwacji psychologicznej, nerki też nie dotykamy, mamy tylko nudną biografię. Gadamy, myślimy co zrobić. Może spróbować dotrzeć do matki, ale co to niby da, skoro matka przez pięć dni nie zdołała dotrzeć do umierającego (tak to początkowo wyglądało) syna. Może to jest jakiś trop. Ale czy jak wrzucę ten kamyczek do tekstu, to plastik się rozpadnie i z Przemysława Salety wysypie się wątroba, żołądek, serce i całe skrywane przed światem wnętrze? Za Boga. Więc pat. Nie wiadomo, co dalej. Trzeba się z tym przespać. No i przede wszystkim to wybiegać. Ja rano wybieram się na dwie godziny. I jeśli do jutra mi nastrój nie przejdzie, to nie będzie to wolny trening tylko BNP – bieg z narastającą prędkością. Zacznę w tempie kilometr w 6 minut, a skończę poniżej 5. To nie jest najbardziej wskazany środek treningowy na tę fazę cyklu przygotowawczego. Ale to jest bardzo wskazany środek antystresowy dla mojego systemu nerwowego. Czuję tyleż złości, co strachu. Że nie dam rady poprawić tekstu, żeby był dobry, że go nie opublikują, że nie zarobię pieniędzy, że rodzina nie będzie miała za co żyć, że nie wystarczy na alimenty, na rachunki, że z kolejnymi tekstami będzie tak samo, że w ogóle nie dam rady się tak mobilizować do pisania, jakbym miał za każdym razem skoczyć 2,30 wzwyż. Czuję, że dziś będzie mi się śnił bieg przez płotki. Każdy będzie miał półtora metra wysokości, ja się będę ścigał ze szczurami, a obok szef będzie stał z chorągiewką sędziego i machał, czy nie ominąłem płotka w wyskoku. Acha, w loży honorowej usiądzie Przemysław Saleta z pięcioma żonami i ich obecnymi partnerami życiowymi. I będą jeść cynaderki. Naprawdę czasem nienawidzę tej pracy. Bez biegania może bym nie umarł. Ale zgorzkniał.  Â

Updated: 12 marca 2009 — 18:55

Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.

Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.