sonda – 8 stycznia 2008

Już liczyłem, że Moja Sportowa Żona uwierzy w zimę w mieście. Ale zima się rozpłynęła.  Zima trwała w Warszawie przez poniedziałek. Na trawnikach bielała kołderka puchu i pyszniły się grubaśne bałwany. Dobiegłem chodnikami do Lasu Kabackiego i tam zima dopadła mnie jak w komputerze. A ściślej: w tym, co 30 lat temu nazywano grafiką komputerową. Pamiętacie? Pokazywali to w programie TVP "Sonda". Do komputera wprowadzało się odcinek prosty, tajemniczymi zaklęciami kazało się komputerowi go powielić i poprzekrzywiać kilkadziesiąt razy. I wychodziło cudo: fantazyjnie acz geometrycznie poprzekrzywiane linie. Nie umiem tego opisać (tym, co nie widzieli), bo tak bardzo odbiega to od dzisiejszych skojarzeń z grafiką komputerową. Ale tamten obraz stanął mi przy wbiegu do Lasu Kabackiego. Gałęzie pozbawione liści za to z domalowaną na górze (każdej gałęzi) białą kreską. Cały las pokreskowany na brązowo-biało. Sonda, jak za czasów Tomasza Hopfera. Podróż do przeszłości. W poniedziałek zrobiłem przed pracą półtoragodzinny trening. Równe bieganie, kilometr po ok. 5:15-5:30. Na koniec trzy minutowe przebieżki dla przetrzeźwienia. I – to pomysł podpatrzony (MSŻ mówi: odgapiony) od trenera R. – roztruchtanie połączone z podskokami, cwałem bocznym, wymachami rąk w biegu, przeplatanką i zbieraniem grzybków. Zwłaszcza to ostatnie ćwiczenie (biegniemy i schylamy się co parę kroków raz do prawej, raz do lewej nogi) daje fajny efekt, człowiek czuje, że nagle uruchamiają mu się struktury (mięśnie skośne brzucha), które przez ostatnie półtorej godziny były jak zamurowane. We wtorek – dwie godziny, żeby mieć to już za sobą. Przez pole wilanowskie – w zimie dobrze się tam biega, bo błota i bagniska zamarzają. Chociaż co to za zima, śnieg już spsiał, mróz przeszedł w plus, a z nieba kapały deszczu łzy. MSŻ zapewne wyprze z pamięci zimowy poniedziałek i znów będziemy się kłócili, czy w Warszawie znane jest w ogóle pojęcie zimy. Tak naprawdę to nie o zimę chodzi, tylko o Warszawę. Głupi by się nie zorientował, że MSŻ po prostu nienawidzi tego miasta. Jest w stanie twierdzić, że nie ma tu normalnych pór roku, ulice ponazywano jej na złość, a sylwestrowe fajerwerki dwumilionowej aglomeracji to nic w porównaniu z ferią świateł nad dwudziestotysięczną Rabką. Smuci mnie to, bo wiem, że da się kochać i podhalańskie iglaste bory, w których trenowałem sobie w zeszłym tygodniu, i relikt puszczy mazowieckiej, chociaż taki liściasty, badziewny, a zimą łysy. Dobiegłem do Lasu Kabackiego od tyłu. Tam na oznaczonych kilometrach sprawdziłem sobie tempo, było wolniejsze niż poprzedniego dnia – ok. 5:45 min. każdy kilometr. Na koniec sześć przebieżek po 30 sekund z 30-sekundowymi przerwami. Odcinek wrzucam wcześniej, bo zaraz wyjeżdżam w delegację, do Poznania. Mieszka tam wątroba, która biega w dwóch osobach. Większa część w ojcu, mniejsza w córce. I wcale nie chodzi o Przemysława Saletę.  Â

Updated: 12 marca 2009 — 18:55

Nie ma możliwości dodania komentarzy do Archium Bloga.

Zapraszam do komentowania nowych wpisów ksstaszewscy.pl/blog/.